Zapiski o wszystkim. Dosłownie.
RSS
wtorek, 21 września 2010
Sporo wody w Wiśle i innych rzekach upłynęło, odkąd spod moich palców wyszła notka przeznaczona na niniejszy blog...

Dlatego też unikną kary ci, którzy przyznają, że już o mnie nie pamiętają. Niniejszym chciałbym o sobie przypomnieć.

Otóż pomysł stworzenia nowego bloga wcale nie umarł. Powiedzieć, że trwają nad nim prace, to powiedzieć zdecydowanie za dużo. Niemniej biorąc pod uwagę ogólną wizję tego, co ma powstać, rzec można, że trwają rozmowy. Zdecydowałem bowiem o ostatecznym przeniesieniu się na własną stronę, z pominięciem wszelakich platform blogowych. Znajoma informatyczka (a ściślej pisząc - magik od komputerów) zajmuje się sprawą od strony czysto technicznej. Jako że swoją pracę wykonuje jedynie za mój szeroki uśmiech, to niestety na priorytetowe potraktować mojej sprawy liczyć nie mogę. Zresztą nie powinienem.

W każdym razie koncepcję nowego bloga-portalu mam już w głowie i na kartkach. Do końca tego roku, a możliwe że wcześniej, potrwać powinno zrealizowanie mych marzeń przez wyżej rzeczoną. O wszystkim poinformuję przede wszystkim tutaj, na tym blogu. Poza tym jakieś billboardy i spoty w TV.

W skrócie napiszę, że blog ten będzie czymś w rodzaju portalu tematycznego. Podzielimy go na kilka kategorii, w których umieszczane będą - jeśli nie zaznaczę inaczej - teksty mojego autorstwa. Klimat podobny do tego, który już znacie, ale z jedną znaczącą różnicą - notki pojawiać będą się często.

To tyle póki co. Ja też myślę o Was ciepło. Pozdrawiam i do następnego przeczytania.
19:46, kurtnovotny
Link Komentarze (7) »
piątek, 02 października 2009
Faktem jest, że nie rozpieszczam Was nowymi notkami zbyt często. Zaniedbałem zarówno ten jak i ten drugi blog. Wszystko spowodowane jest jedną prostą przyczyną - brakiem przyczyny.

W życiu moim dzieje się sporo, co jest i dobre i niedobre. Mimo wszystko dnia każdego na blog czas znajduję. "Jakoś efektów tego nie widać!" - zakrzykniecie. I racji nieco macie - nowych notek, nawet w formie didaskalia u mnie ostatnio brak. Zapewniam jednak, że wszystko to cisza przed burzą.

Otóż w mych zakładkach dzień w dzień przybywa nowych stron. Mam specjalny folder "blogowy", gdzie wrzucam linki inspirujące mnie do tworzenia nowych notek. Na ten moment mam tam 52 strony. Myślicie, że w takim razie mam w przygotowaniu 52 tematy? No to jesteście w błędzie.

Czasem bowiem do jednego tematu zachowuję kilka stron, co teoretycznie ilość notek automatycznie zmniejsza. W praktyce jednak niemal każda z tych stron zawiera tematy na kilka osobnych wpisów. Ostateczna liczba trudna jest więc do oszacowania. Z tego chaosu powstał jednak pewien pomysł.

Tematów na notki mam ogrom, do tego poruszać będą one rozmaite sprawy, od sportu przez świat filmu aż do polityki. "No dobrze, ale gdzie tu pomysł?" - spytacie. Śpieszę wyjaśnić - otóż obecna forma bloga nie pozwala mi na pełne rozwinięcie skrzydeł. Gdybym walił notki jedna za drugą, skacząc po tematach jak żabka po kamieniach, zrobiłaby się tu jedna wielka stajnia Augiasza. A tego uniknąć raczej chcemy. Chcemy? No więc pomysł mój dotyczy stworzenia czegoś nowego. Nowej formy bloga, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.

Podjąłem już pewne kroki w tej sprawie. Przepytuję ludzi mających cokolwiek wspólnego ze światem Internetu w sprawie domen, serwerów, kwestii graficznych, itp. Na razie mój największy dylemat polega na podjęciu decyzji - zostać tu czy zmienić adres?

Wbrew pozorom kwestia jest dosyć istotna. Platforma Blox daje bowiem możliwości sporo, ale do zrealizowania moich pomysłów tych opcji tu nie wystarczy. Podzielenie bloga na kategorie tylko częściowo rozwiąże problem. Nie mam tu bowiem pełnej swobody w kwestii rozmieszczenia pewnych rzeczy na stronie czy też zwiększenia interaktywności z Czytelnikami. Bo przecież bez Was jakakolwiek forma blogowania traci sens... Pośrednim rozwiązaniem jest zrobienie przekierowania, by po wpisaniu tego adresu przerzucało czytelnika na nowy adres. Nie wiem, muszę to rozważyć.

Jak wcześniej wspomniałem, najważniejszy jest podział na kategorie. Tak, by czytając notę o filmie można było zajrzeć do innych w tym samym temacie. Kolejnym novum, jakie chcę wprowadzić, to notki głosowe. Blogi podcastowe nie są w Polsce jeszcze tak popularne (funkcjonuje bodaj ok. 200 tylko), więc mogę zostać w tym temacie pionierem:). Ponadto chcę tu wrzucać więcej prywatnych fotografii. W tym sensie prywatnych, że zrobionych przeze mnie, ale niekoniecznie zawierające mój ryj:) Ogólnie pomysłów jest sporo. Marzy mi się coś w rodzaju małego wortalu/portalu, przy zachowaniu odpowiednich proporcji. W głowie kołacze mi się też chęć zaproszenia do współtworzenia notek kogoś z Czytelników.

Ogólnie notka ta ma na celu podpytanie Was, co o sprawie sądzicie i co doradzić możecie. Zgłaszajcie także swoje propozycje współpracy przy tworzeniu nowej formuły lub współtworzenia notek razem ze mną. Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości - wszystko to ma się odbywać bez wydawania przeze mnie kasy. Odpadają więc płatne domeny, zapłata dla grafika/informatyka, itp. Oczywiście jakieś rewolucyjne kwestie, które powalą mnie na kolana a nie powalą finansowo, mogę w drodze wyjątku zasponsorować. Niemniej ja to biedny student jestem:)

Czekam więc na wszelkie komentarze w tej sprawie. Traktuję temat serio i tego też oczekuję od Was. Z góry dzięki za każdy odzew.


11:42, kurtnovotny
Link Komentarze (9) »
wtorek, 08 września 2009


Kilka nieoczekiwanych splotów zdarzeń sprawiło, że trzy wieczory poprzedniego tygodnia spędziłem na beztroskiej niemal zabawie. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie zjawiska, marginalne ponoć w naszym społeczeństwie.

Definicji dobrej zabawy istnieje tyle, ile osób o takową zapytamy. Nie przekłamię jednak dużo, gdy stwierdzę, że chodzi o nasze i innych świetne samopoczucie i zadowolenie z faktu, że tu a nie gdzie indziej właśnie jesteśmy. Jeśli jeszcze do tego nie wydamy dużo kasy (lub wydamy czyjąś), a rano obudzimy się bez przeszywającego bólu głowy, to już w ogóle zabawę można uznać za udaną.

Kluczowa wydaje się tu być kwestia dotycząca samopoczucia tak naszego, jak i innych uczestników eventu.Bo pal licho mocno uszczuplony portfel czy poranne torsje. Jeśli tylko jesteśmy z zabawy zadowoleni, a przy okazji nikogo nie skrzywdziliśmy, to nie ma się czym martwić.

Gorzej, jeśli nasze zachowanie kogoś uraziło, obraziło, czy nawet zrobiło krzywdę. I odwrotnie - poniesione przez nas szkody z winy osób trzecich skutecznie psują wspomnienia związane z imprezą/koncertem/whatever.

Trzy dni mojego balowania uświadomiły mi, jak ważna jest to sprawa. Czas spędziłem co prawda w gronie ludzi, o których złego słowa powiedzieć nie mogę. Nie powie też tak o nich nikt, z kim zetknęliby się w pubie/klubie/itp. Niestety, mimo naszych dobrych intencji, tzw. inni sporo zepsuli. Zmusiło mnie to do szerszego spojrzenia na kwestię - czy Polacy się w ogóle potrafią dobrze bawić?

Jednoznaczna odpowiedzieć twierdząca zapewne wzbudzi kontrowersje. Ten i ów z miejsca wymieni bowiem liczne przykłady swoich przykrych doświadczeń, jak to go nie jeden bliźni zagotował. Nie można też powiedzieć, że naród nasz daleki jest od dobrego zachowania na zabawach - nie zawsze przecież dochodzi do ekscesów, nie zawsze też udział w nich biorą wszyscy obecni. Do zastanowienia pozostaje zatem kwestia, jak dużym problemem są ludzie, którzy skutecznie potrafią zepsuć wieczór innym.

Dzień pierwszy mych pląsów był całkiem przyzwoity. Rodzinne centrum rozrywki w Warszawie raczej nie przyciąga typów spod ciemnej gwiazdy. Ponoć kiedyś była tam jakaś bójka, ale szerokie komentowanie jednego zdarzenia potwierdza tylko marginalność zjawisk przykrych w tymże miejscu. Mógłbym tylko przyczepić się do długiego oczekiwania na piwo, a raczej na samego barmana. No i DJ mógłby być lepszy, ale czego wymagać po lokalu, do którego śmiało przychodzą, nawet na wieczorne imprezy, wielopokoleniowe rodziny, z wózkami dziecięcymi przy boku?

Dzień drugi to już szanty. Jeden z lepszych tego typu lokali w stolicy, gdzie zapisy na stolik należy robić z miesięcznym nieraz wyprzedzeniem. Towarzystwo iście żeglarskie, zatem ludzie, którym nie w głowie swary i rozdźwięki. Wśród znajomych lansuję teorię, że można tam bez przeszkód zostawić komórkę na stole i pójść do toalety. Do tej pory sprawdziłem to tylko na portfelu pozostawionym w kurtce, a ta z kolei wisiała na słupie w samym środku tawerny. Innymi słowy dostęp do niej miało dziesiątki ludzi, mogli niepostrzeżenie mnie okraść. Niestety, zawsze się trafi ktoś w pasiastym sweterku i włosach na brylantynę. Czy naprawdę już tacy ludzie nie mają swoich miejsc, gdzie zbierają się im podobni i nikomu to nie przeszkadza? Wejdą do takiej tawerny żeglarskiej mocno zapruci i cały lokal ich. Podczas ożywionego biesiadowania poczułem nagle zimny przypływ na głowie i nanosekundę później na plecach. Coś podobnego poczuć musiał kolega, gdyż podskoczył równie wysoko. Po chwili wszystko było jasne. Panowie pasiaści nie wiedzieli, że dyskotekowe ruchy z otwartym piwem w ręku nie zawsze kończą się dobrze. Zamiast słowa przepraszam, podziwiać mogłem groźną minę nr 3. Że niby mam o coś pretensję? "Odwróć się lepiej, zanim ta butelka nie wyląduje na twoim ryju, chłopczyku".

Dzień trzeci, to zapowiadany już od miesięcy Orange Warsaw Festival. Nasza dwunastoosobowa brygada pojawiła się tam w jednym celu - posłuchać i pośpiewać razem z zespołem MGMT. By tego dokonać, na miejscu musieliśmy być nieco wcześniej, więc chcąc nie chcąc do ucha wpadły nam także inne kapele. Całość podzielona na dwie sceny, na pozwala ogromny przecież Plac Defilad. Ponoć przybyło tam 35 tysięcy narodu, więc nawet jak na możliwości tego miejsca, było po prostu dosyć ciasno. Niestety, nie wszyscy zamiary mieli podobne. Wpuszczeni za całkowitą darmochę rodacy zwyczajnie pogłupieli. Możliwość zabawy bez konieczności wydawania jakichkolwiek pieniędzy zadziałała jak magnes na ludzi pokroju tych, co mi włosy umyli browarem. Rozentuzjazmowany tłum sprawił, że podzieliliśmy się na trzy frakcje. W mojej dwa razy prawie doszło do bójki z winy nie mojej. W grupie kolegi było mniej wesoło - do dziś boli go szczęka. Grupa nr 3 uszła cało, bo były tam same dziewczyny. Do tego ludzie napierali co sił, by wejść dosłownie w wokalistę MGMT. Ja mam buty do wyrzucenia i siniaki na piszczelach. Ponoć inni mieli mniej szczęścia, przyjeżdżały karetki, interweniowała policja...

Na wszelakie ubawy nie chodzę z częstotliwością odświeżania monitora plazmowego, zatem pełnej opinii o zachowaniach rodaków wydać nie mogę. Coś jednak jest w tym, że 2/3 moich ostatnich wyjść, mimo wszystko udanych, ale jednak niesmak jakiś pozostaje. Wiadomo, nie miejsce lecz ludzie tworzą klimat, dlatego gotów jestem imprezować na Dworcu Centralnym. Tylko jak tu, do cholery, wyplenić właśnie tych, którzy owy klimat psują?

Ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć na zadane w tytule notki pytanie. Przyciśnięty do muru stwierdzę jednak, że naród nasz bawi się średnio. Oczywiście, gdyby zorganizować event, na który przyjdą tylko wyselekcjonowani przez nas goście (np domówka), to ryzyko zjawisk paranormalnych spada prawie do zera. Nie da się jednak przecież zrobić czego takiego idąc na koncert czy festiwal. Zatem mimo braku konkretnej odpowiedzi przychylam się raczej do tezy, że bawić się umiemy średnio, z lekkim wskazaniem na nie...


15:41, kurtnovotny
Link Komentarze (14) »
środa, 26 sierpnia 2009


Z lekkim opóźnieniem powracam do (coraz bardziej) regularnego blogowania.

"Częste mycie skraca życie" - tę mającą już siwą brodę maksymę nader często stosuje nasze społeczeństwo. Potwierdzają to nie tylko subiektywne obserwacje w środkach komunikacji masowej czy miejscach pracy. Wstydliwe fakty z życia Polaków poddane zostały wszelakim badaniom, które nasze spostrzeżenia nie tylko potwierdzają, ale nawet je potęgują.

Oczywiście te szumne badania to w znakomitej większości uwielbiane przez nas ankiety. Wyniki tychże sondaży są raczej wiarogodne, gdyż każdy brudas w cztery oczy spytany potwierdzi, że bierze prysznic minimum dwa razy dziennie. Ale gdy już zapewni mu się anonimowość przyzna, że ten prysznic to tak z raz w tygodniu. Zresztą jak inaczej sprawdzić, czy Polacy się myją?

Pytań było w tychże ankietach srylion, ale mam tu chyba najciekawsze wyimki. Otóż:

- jakaś 1/3 menów i jakaś 1/5 womanów zmienia bieliznę rzadziej niż codziennie

- jakaś 1/4 populacji nie myje rąk po wyjściu z kibelka

- jakaś 1/3 myje zęby jakiś raz w tygodniu

Co tu więcej potrzeba? Wystarczy przecież po porannym siku nie umyć rąk, po śniadaniu zębów, założyć wczorajsze gacie i z pominięciem prysznica czmychnąć do autobusu. Dorzućmy do tego +30 stopni Celsjusza.

Jak już przełkniecie tych kilka liczb, to na koniec zaserwuję jeszcze jedną, prawdziwy hit - 17 (siedemnaście!) złotych, to kwota, którą miesięcznie (!) przeznaczamy na środki czystości. W skład takowych wchodzą m.in.: pasta do zębów, szampon do włosów, mydło, dezodorant, wszelakie kremy, również proszek do prania, płyn do mycia naczyń, itp. Myślę, że chyba nawet przy dobrej promocji w Biedronce czy innej Żabce zakup chociaż połowy z tych artykułów będzie nieco utrudniony.

Zawsze znajdą się "eksperci", którzy temat zgłębią jeszcze głębiej. Dojdą oni do nieprawdopodobnych wręcz wniosków, będących efektem jeszcze bardziej irracjonalnych, aczkolwiek ciekawych badań. Dotyczą one bardziej szczegółowych zależności zachodzących w tematyce higieny (np złapanie jakiegoś syfa po podaniu ręki komuś, kto nie umył jej po masturbacji). Wyniki tychże dochodzeń są jednak na tyle... zatrważające (?), że przytoczenie ich tutaj mija się z celem. No bo jak tu na serio analizować stwierdzenie, że każdy z nas (niezależnie od płci) dotyka około 11 (jedenastu) penisów rocznie? Szok? No to pomyślcie - ktoś po rzeczonej masturbacji nie umył rąk, dotknął potem klamki od drzwi wejściowych do biura, potem tej klamki my, etc... Przejdźmy do bardziej przyziemnych obserwacji.

Nie trzeba być naukowcem, który za grubą kasę dochodzi do wniosków, dających się wysnuć po chociażby jednej przejażdżce autobusem. Wystarczy, że nieco mocniej przyświeci słoneczko lub spadnie w miarę rzęsisty deszcz. To właśnie wtedy stłoczeni w autobusie ludzie ujawniają swoje braki w higienie, tak osobistej jak i tej dotyczącej odzieży. Niestety, u wielu osób widać takie uchybienia nawet bez interwencji zjawisk atmosferycznych.

Podobnie jest w biurach, szkołach, itp. Rzut oka wystarczy, by dostrzec czyjeś przetłuszczone włosy, niedomyte (lub w ogóle nieumyte) zęby, charakterystyczną "szarość" twarzy, brud pod pazurami. Bardziej skryte są takie kwiatki, jak trzydniowe gacie i skiery, niepodtarty tyłek... Jeden znajomy w kontekście dyskusji o higienie rzucił hasło: "im niżej, tym gorzej". Coś w tym jest, bo o ile gębę jeszcze jakoś przepłuczemy, o tyle już niższe partie ciała muszą czekać na specjalną okazję, by zostać umyte.

Jak więc należy dbać o higienę? Co wchodzi w skład takowych działań? Cisnąca się natychmiast na usta odpowiedź brzmi: "myć się, do cholery!". I to w zasadzie jest cała tajemnica, choć nie do końca. Dobrze, gdy rano i wieczorem (albo chociaż rano, przed wyjściem...) nawilżymy całe ciało, dorzucimy nieco mydła, wyszczotkujemy zęby, itp. To absolutne minimum. Im więcej czynności wykonamy, tym lepiej. Dobrze jest zatem zainwestować w większą ilość kosmetyków. Nie muszą być one drogie, choć w szerszej perspektywie są bardziej opłacalne (dłużej trzymają zapach chociażby).

Zresztą jak już jesteśmy przy inwestycjach - inna stara maksyma głosi, że: "nie stać nas na tanie rzeczy". Trudno się z tym nie zgodzić. Dlatego przesadne oszczędzanie na środkach czystości nie jest wskazane. Dotyczy to zarówno kupowania najtańszych kosmetyków, jak i nie kupowanie ich wcale.

Nie sztuką jest także zakup tych najdroższych. Najprostsze rozwiązania są ponoć najlepsze, dlatego żadne, nawet najdroższe perfumy nie zastąpią zwykłego prysznica.

No dobrze, wystarczy tych filozofii. Na koniec jeden z kawałków, który od czasu pewnego świdruje mi moją (umytą) głowę:


14:11, kurtnovotny
Link Komentarze (28) »
czwartek, 16 lipca 2009
Zaryzykować można by krzywdzące zazwyczaj stwierdzenie, że co jak co, ale natręctwa mamy wszyscy. Indywidualną kwestią pozostaje ich ilość, rodzaj, tudzież intensywność. Niemniej każda persona ma takie coś, co w mniejszym lub większym stopniu jej dokucza.

Natręctwa, jako jeden z tematów przewodnich, zobaczyć mogliśmy w wielu filmach. Oczywiście kultowym tu przykładem jest "Lepiej być nie może" z legendarnym za życia Jackiem Nicholsonem. Ale Polacy nie gęsi i swój film o natręctwach mają:



Sugeruję przerzucić do drugiej minuty, gdzie ujrzeć można ten fragment "Dnia świra", który dotyczy mnie akurat.

Natręctwa, takie z definicji, są wynikiem choroby nerwowej. Brzmi groźnie i... powinno. Bo w skrajnych przypadkach owa przypadłość może doprowadzić do konsekwencji bardzo poważnych. Ale straszyć nie zamierzamy, więc zajmiemy się tymi, które natręctwami nazywamy potocznie.

Słowo się rzekło i wyznałem, że czasem przed obejrzeniem filmu (tudzież wykonywania innej czynności związanej z siedzeniem na tyłku) milion razy poprawiam swoje położenie, spodnie, koszulkę, poziom siedziska czy kąt oparcia. Z rzadka potrafię zwyczajnie usiąść bez uporczywego zwracania uwagi na pewne szczegóły, często po prostu nieistotne. Ale to tylko jedna z wielu mych bolączek...

Od dziecka miałem jakieś skrzywienie na punkcie otwartych drzwi, szczególnie takowych od szaf, szafek i szafeczek. I tak do dziś, niemal już bezwiednie domykam niedomknięte drzwi od szafy z mymi szatami, domykam szafki w kuchni (te dolne i te górne), nie odpuszczę też drzwiczkom w łazience. Rzadziej dotyczy to drzwi od pomieszczeń, z wyjątkiem tych prowadzących do mojego pokoju. Te oczywiście uporczywie domykam.

Jest ze mnie raczej gorący chłopak, więc nawet zimową porą zgrywam twardziela i śpię przy otwartym oknie. Niestety zanim zasnę, odgrywam kilkuchwilowy teatr z ułożeniem się w łóżku (w rzeczywistości nie śpię na takim łóżku z prawdziwego zdarzenia, ale dziś nie o tym). Nierzadko sam na siebie jestem zły, gdy wciąż nie mogę znaleźć optymalnego sposobu nakrycia się kordłą, tudzież odpowiedniego kształtu poduszki. Tak mam. Po prostu.

Ktoś kiedyś na jakimś kilkudniowym wyjeździe gdzieś tam zwrócił (a może zwróciła) mi uwagę, że mam natręctwo z myciem głowy, konkretnie włosów. Bo kto to słyszał, żeby facet, do tego mający króciutkie kudły, czyścił je codziennie? Przecież wystarczy raz na parę dni, szczególnie gdy się używa rewelacyjnego "Głowa & Ramiona". Ale co ja poradzę na to, że zwyczajnie nie potrafię pominąć łba podczas mycia się? Mam kumpla, który ma taką manię na punkcie mycia zębów, że czasem szczotkuje je tuż po umyciu, bo może za tym poprzednim razem je pobrudził. Każdemu jego porno, nie?

Nie prowadzę żadnych statystyk, ale zakładam się o zęby tego kolegi, że kilka razy w roku robię w swoim pokoju re aranżację. Nie chodzi nawet o to, iż wciąż wyrzucam stare i kupuję nowe mebelki. Od paru lat mam te same dekoracje, ale śmiało mogę stwierdzić, że każdy z tych przedmiotów zaliczył już każdy kąt mojej samotni. Biurko, fotel, szafka, itp. - wszystko to było już wszędzie. Po prostu nudzi mi się jeden i ten sam układ po pewnym czasie. Przynajmniej w tym znajduję wytłumaczenie dla kolejnego natręctwa.

Jednym z moich corocznych postanowień noworocznych jest wyeliminowanie ze swojego słownictwa dwóch słów, mianowicie: "no" i "wiesz". Pierwsze jest chyba oczywistym przejawem nieposzanowania dla przepięknego języka, którym bez wątpienia jest nasz polski. Drugi zwrot zdarza mi się (podobno) wtrącać częściej od przecinka. Gdzieś czytałem, że tego typu przerywniki cechują osoby, które nie są pewne tego, o czym mówią. Idąc tym tropem dalej, osoby te są w ogóle mało pewne siebie i mają zaniżone poczucie własnej wartości. No wiesz, może coś w tym jest.

Skoro już o mowie mowa, to (znów - podobno) miewam problemy z powtarzaniem zdań. Może nie jest tak, że zaraz po kropce wypowiadam znów te same słowa. Niemniej moje opowieści dziwnej treści często bywają długie tylko z tego powodu, że gadam dookoła (ja tam uważam, że po prostu buduję napięcie) i właśnie przez to powtarzanie. Nie sądzę, bym robił to często. Nie uważam, bym często się powtarzał.

Przypuszczam, że takich kwiatków znalazłbym (lub inni by znaleźli) u mnie więcej. Ale, jak to w "Rejsie" ktoś powiedział: to tyle o mnie. A co możecie powiedzieć o swoich natręctwach?
23:31, kurtnovotny
Link Komentarze (25) »
sobota, 11 lipca 2009
Od pewnego już czasu zauważyć można spore zmiany zachodzące w jednej z najważniejszych instytucji publicznych, mianowicie w Policji. Oczywiście wypowiadać możemy się tylko o tych metamorfozach gołym okiem widocznych, bowiem setek reform wewnętrznych zwykłemu śmiertelnikowi nie jest dane oglądać. Ale od kilku znajomych tamże pracujących wiem, że takowe również zachodzą.



Skupić się jednak zamierzam na tych właśnie widocznych. Dotyczą one zarówno policyjnej floty, jak i umundurowania naszych nieustraszonych strażników prawa. Na grafice powyżej podziwiać możecie wzory nowych wersji szat Panów (i Pań) Policjantów (Policjantek). Początkowo tylko te rysuneczki docierały do mojej świadomości i już wówczas coraz mocniej poczęły targać mną wątpliwości. Ostatecznie zostały one potwierdzone, gdy pierwsi obrońcy uciśniony pojawili się, używając blokerskiego slangu, na ulicy. Oto i oni:



Nim przejdę do pastwienia się nad nowym ubiorem mundurowych, skomentować zamierzam nowiutkie wehikuły Policjantów. Pomijam już kwestię przyzwyczajenia do poprzednich, granatowych pojazdów (tudzież jasnoniebieskich, w przypadku starszych modeli) i tego, że przez jeszcze jakiś czas nie będziemy w mig kojarzyć, że to radiowóz właśnie (co szczególnie dotyczyć może tych, którzy mają coś na sumieniu). Przykre jest jednak to, że nasze radiolki nie będą już w żaden sposób unikatowe. Dowód? Oto i on:



Z miejsca uprzedzam, że chodzi mi o image pojazdu, nie zaś o jego markę, gdyż to akurat moglibyśmy od chociażby Niemców zapożyczyć. Nie wiem, czy to jakieś bardziej długofalowe planu Unii Europejskiej, by policyjne auta ujednolicić (przynajmniej pod kątek kolorystyki), niemniej szumnie opisywane zmiany okazały się zwykłą kopią wzorców zachodnich. Co bardziej dociekliwi znajdą tu także wpływy zza Oceanu...



...ale ja poszedłbym bardziej w kierunku wschodnim:



Ostateczny osąd co do słuszności doboru kolorystyki pozostaje w mojej ocenie nierozstrzygnięty. Ważne jest jednak to, że zmiany dotknęły także samych pojazdów. Może nie mamy rzeczonych wcześniej nowoczesnych aut, jakimi szczycą się Niemcy, ale zawsze lepsze to od Poloneza.

Przejdźmy jednak do umundurowania. Jak do tej pory Policjanci wyglądali, wie chyba prawie każdy. Dominowała tu złowieszcza czerń, często przeplatana żółtymi, odblaskowymi kubraczkami. Ci od innych zadań nosili zaś bardziej odświętne, granatowe mundury. Na chwilę obecną są to stroje takie, jakie zaprezentowałem u góry. Moje pierwsze skojarzenie nasunęło mi na myśl... listonoszy. Zamierzałem jednak poczekać, aż takiego Pana Policjanta spotkam na ulicy. I - wierzcie lub nie - moje skojarzenie na jego widok było identyczne...

Nie chodzi o to, by Policja budziła niezdrowy strach, zwłaszcza wśród przestrzegających prawa obywateli. Winna jednak budzić swojego rodzaju respekt, oraz - co jest równie ważne - wyróżniać się z tłumu. Oczywiście poprzednia wersja umundurowania budziła skojarzenia z panami pracującymi przy remontach dróg (zwłaszcza z dalszej odległości), niemniej szybciej byliśmy w stanie skojarzyć, że to właśnie Pan Policjant idzie. Obecnie mundurowi - co ma swoje plusy - nie wyróżniają się zanadto w tłumie.

Ponoć nowe szaty mają być lepsze pod względem technicznym. Szczególnie dotyczy to tych, którzy większą część służby spędzają na patrolowaniu naszych niebezpiecznych ulic. Mundury owe mają bowiem jednocześnie chronić przed palącym słońcem, jak i siąpiącym deszczem. Nie grozi więc Policjantowi przepocenie, jak i zamarznięcie. Prewencja ma mieć większą swobodę ruchów, co w sytuacjach kryzysowych (bójka, zamieszki, pościg) ma mieć wpływ zbawienny.

Mimo wszystko opisane tu zmiany mają charakter bardziej kosmetyczny, niźli faktycznie rewolucjonizujący poczynania Policji. Ktoś nawet na jednym z forów spytał po prostu, "czy teraz będzie bezpieczniej?". Pozostaje wierzyć w siłę tych reform, których gołym okiem zwykłego obywatela nie widać.

PS - ponoć w przygotowaniu są jeszcze nowsze mundury dla kobiet, wzorowane na tych z USA:


11:08, kurtnovotny
Link Komentarze (10) »
środa, 08 lipca 2009


Zastanawianie się nad treścią poniższej notki zajęło mi 3, góra 4 sekundy. Mogłem przecież gruntownie przemyśleć posiadane informacje, mogłem także przetrząsnąć Internet. Mogłem, ale ostatecznie (po trzech sekundach) podjąłem decyzję, o pisaniu "z głowy", bez specjalnej koncepcji. Podobnie rzecz miała się z tytułem notki. Silenie się na nie wiadomo jak górnolotne hasła mija się z celem. Sam król popu swoją twórczość firmował po prostu imieniem i nazwiskiem. Po prostu.

Z twórczością Jacksona zetknąłem się już we wczesnym dzieciństwie. Był to okres popularności albumów "Thriller" i "Bad". Starsza ode mnie o dekadę siostra przegrzewała najpierw gramofon, a potem wieżę puszczając na okrągło kawałki MJ. Mi w pamięci zapadł jednak nieco późniejszy utwór. "Black or White" był świetny pod każdym względem. Teledysk przykuwał uwagę najpierw występem "Kevina samego w domu", potem ekspresyjnym tańcem samego Jacko. Utwór mega energetyczny, do dziś mi się nie znudził.

Kolejne lata naznaczone były pojawianiem się nowych arcydzieł Jacksona, przeplatane kolejnymi skandalami z jego udziałem. Był on na ustach wszystkich. W pamięci zapadnie mi także jego wizyta w Polsce. Siostra pracowała wówczas w hotelu Marriott, gdzie król popu się zatrzymał. Jej zadaniem było przygotowanie pokoju oraz obsługa gościa. Potem oboje na dziko słuchaliśmy jego koncertu (odbywał się na lotnisku na Bemowie - kto zna ten wie, że nie trzeba kupować biletu, by skorzystać).

Właśnie ta jego niezmienna obecność w mediach była dla mnie fascynująca. Jackson miał (i nadal w sumie ma) to szczęście, że pewna część jego działalności przypada na rozkwit telewizji i - przede wszystkim - Internetu. W dużej mierze właśnie dlatego jego twórczość, działalność i wszystko z nim związane dociera do znacznie większej grupy odbiorców i w czasie znacznie szybszym, niemal na żywo. Naprawdę niewiele jest osób, o których praktycznie zawsze się mówi.

Właśnie to mówienie o Jacksonie było i jest znakiem lat ostatnich. Niby coś tam nagrywał (ten album o zawsze trudnej dla mnie nazwie, tłumaczony bodaj na "Niezniszczalny"). Apogeum to mówienie osiągnęło wraz z rozpoczęciem procesu Michaela o molestowanie. Nie przypominam sobie, czy poza sprawą O.J. Simpsona i tego zboczonego Austriaka którekolwiek sądzenie kogokolwiek było tak nagłośnione.

Podobnie rzecz ma się z jego pożegnaniem. Oczywistym jest, że jeszcze przez lata "odnajdywać się" będą jego niepublikowane kawałki, powstanie srylion biografii (a każda z nich zawierać będzie "nowe, szokujące fakty"), rzesze ludzi będzie o nim coś tam gadać. Pożegnanie jako takie było nawet całkiem w porządku (patrz: didaskalia), ale żerowanie na jego popularności na pewno u niejedej osoby wywoła co najmniej niesmak.

Jaki naprawdę był Michael Jackson? Wytwór speców od szołbiznesu czy niesamowity artysta? Szlachetny społecznik czy zwykły zboczeniec? Ofiara wielu chorób czy ofiara jednej, psychicznej choroby? Ja myślę, że był wszystkim po trochu. I najlepiej będzie chyba po prostu skupić się na jego muzyce. Ekspresyjny taniec z nieśmiertelnym "moonwalkiem", cudowny głos, energetyczne kawałki i ciekawe teksty. To pozostanie na zawsze.

(Notka powstała w kilka minut, bez ładu i składu. Nazwij to grafomanią, jeśli chcesz)


00:15, kurtnovotny
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009



Zjawisko piractwa jest mniej więcej rówieśnikiem początków komunikacji morskiej. Odkąd tylko statki poczęły sunąć po morzach naładowane różnorakimi dobrami, odtąd też wszelakie typy spod ciemnej gwiazdy jęły te dobra sobie przywłaszczać. Czasem dla korzyści własnych, często również z nieodpartej chęci wzbogacenia się dzięki sprzedaży tychże dóbr. Trwający do dziś proceder stanowi niemal idealną metaforę dla zgoła odmiennej formy działań, mianowicie piractwa medialnego.

Początki tegoż zjawiska datowane są znacznie później, niżeli historie XVI-wiecznych rozbójników. Piractwo bliższe współczesnemu ludziowi to przeogromny świat wszelakich elektronicznych gadżetów, a więc ze swym "pierwowzorem" mające wspólnego tyle, co zamek w drzwiach i zamek z księżniczką w środku. Czyli w sumie tylko nazwę.

Jednym z pierwszych działań współczesnych piratów medialnych było nielegalne sprzedawanie nielegalnych płyt CD zręcznie udających ich kurzące się na sklepowych półkach oryginały. Produkt taki charakteryzowały zazwyczaj nieco przyblakłe okładki, brak różnorakich dodatków i nierzadko odbiegająca od ideału jakość dźwięku. Jednak najważniejszą różnicą między oryginałem a podróbą była zawsze cena. To ona rekompensowała absolutnie każdą niedogodność związaną z nieprofesjonalną produkcją. Z biegiem czasu piraci swą działalność rozszerzyli. Na czarnym rynku mogliśmy więc zakupić filmy, programy komputerowe czy gry video. Wszystko to w coraz lepszej jakości i choć pirat zawsze był produktem "prawie", to jednak niezmiennym argumentem za była cena, zdecydowanie niższa od proponowanej w sklepie.

Ongiś trzeba było zrywać się tuż przed świtem, by w trudzie i znoju dobić się do obleganego handlarza na Placu Grzybowskim, ulicy Batorego, na Wolumenie czy Stadionie X-lecia (z oczywistych powodów podaję tylko przykłady warszawskie - chętnie poczytam o Waszych miejscowościach). Wszystko odbywało się w kontrowersyjnej atmosferze, gdzieś pomiędzy dobrem a złem. Z jednej strony bowiem wszystko "leżało na ulicy", oficjalnie i w miejscach mocno publicznych. Z drugiej mańki jednak uczucie popełniania - było nie było - zbrodni zmuszało do pewnych przemyśleń. Z trzeciej strony zawsze wracała jedna myśl - ważne, że mam.

Rozwój Internetu stopniowo, ale konsekwentnie zrewolucjonizował rynej piracki. Od dłuższego już czasu dostęp do nielegalnej muzyki, filmów czy gier mamy w zaciszu własnych domostw. Wystarczy tylko odpowiedni program, by w ciągu kilku chwil mieć na swoim twardzielu za darmo to, na co inni poświęcają znaczne środki i czas, by w świetle prawa nabyć legalną kopię. I w dużej mierze to właśnie zjawisko zmusza do jeszcze większych przemyśleń. Co zatem dalej z tym piractwem?

Kiedyś chcący poznać problem znajomy spytał mnie, na czym polega łamanie prawa i w którym momencie się ono zaczyna, jeśli chodzi o ściąganie czegokolwiek z sieci. Odpowiedź była w zasadzie dziecinnie prosta - łamanie prawa polega na niepłaceniu twórcom muzyki/filmu/gry za coś, co jest ich szeroko rozumianą własnością intelektualną. Zaczyna się więc w momencie, w którym zamiast otwarcia portfela klikamy "download torrent". Ale... czy tak jest w rzeczywistości?

Cały problem piractwa jako takiego polega na tym, że bardzo trudno jest jednoznacznie go zdefiniować. Idąc tym tropem, niemożliwe jest więc stworzenie odpowiednich przepisów prawnych, które by jasno określały, co wolno a co nie. Niby najłatwiej jest powiedzieć, że muzykę/filmy/gry legalnie możemy mieć tylko wtedy, gdy po prostu za to zapłacimy. Jednak nie do końca takie postanowienie jest możliwe do zrealizowania.

Ściąganie plików z sieci odbywa się bowiem przy pomocy legalnych programów/stron internetowych. Jeśli jest inaczej, to czemu nie są one zamykane? Niezliczone rozprawy sądowe wielokrotnie prowadziły do porażki wszelakich organizacji zwalczających piractwo, dzięki czemu nadal mamy całkowicie legalny dostęp do tychże. No dobrze, ale np narkotyki w Holandii też są legalne - czy oznacza to, że są dobre i należy z nich korzystać?

Największym chyba problem zjawiska piractwa (i walki z nim) są właśnie ścielące się gęsto wątpliwości. Oliwy do ognia dodaje fakt, iż tak naprawdę wiele plików krążących po sieci to legalne(!) kopie utworów, filmów, itp. Po prostu ktoś je kupuje i udostępnia. Ale to tylko jeden z dylematów.

O sprawie piractwa można napisać książkę. Powstać może także ciekawa dyskusja, do której zapraszam bo czuję, że nie przestanę pisać...


23:37, kurtnovotny
Link Komentarze (33) »
Planowałem umieścić tę informację jako didaskalia, ale zapewne nie do każdego by dotarła. No więc słowami słynnego ongiś i od niedawna ponownie Terminatora (czym prędzej wybierzcie się na T:Ocalenie - megahiperwyjechane kino) informuję, że I'll be back - tonight. Spodziewajcie się pseudowynurzeń na temat... a sami zobaczycie.

Póki co zarzucam to, co mi w uszach siedzi. Miłego dnia życzę, czas spadać do roboty.


09:31, kurtnovotny
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 czerwca 2009


Kiedy dzień zaczyna się tak formalnie, zazwyczaj już albo jeszcze nie śpisz. Jednak to poranne wstawanie traktujemy jako początek dnia. Jest to okres, podczas którego wydarzyć może się praktycznie wszystko - odnosisz sukces lub porażkę, jest wesoło lub smutno, etc. Czasem masz ochotę cofnąć czas, by daną decyzję podjąć jeszcze raz. Tym bardziej, gdy wpływa ona nie tylko na jeden dzień, ale może nawet na całe życie.

Jedną z niewątpliwych zalet gier komputerowych jest właśnie możliwość zachowania danego momentu (sejwowania), by w razie porażki do niego powrócić. Zazwyczaj robimy to w momencie dla nas (tudzież głównego bohatera) bezpiecznym; nie wtedy, gdy upiorna horda wroga nas atakuje lub za moment eksploduje granat. Save'ujemy w otoczeniu względnie spokojnym lub tuż przed wykonaniem trudnego manewru. A gdyby tak przenieść sejwowanie do rzeczywistości?

Takim bezpiecznym momentem byłby właśnie poranek. Mając taką możliwość codziennie, "po prostu" byśmy utrwalali moment przebudzenia - cokolwiek złego stanie się później, zawsze możemy wrócić do sejwa. Zapisywanie stanu życia tuż przed każdą ważniejszą decyzją byłoby już ułatwieniem zbyt utopijnym. Ale już takie ograniczone tylko do poranków - czemu nie?

Niektórym zapewne motyw ten skojarzy się z "Dniem Świstaka". Tam, na początku trochę wbrew woli głównego bohatera, rzeczony dzień powtarzał się, aż całkowicie przebiegł po myśli tegoż bohatera.

Oczywiście można teraz wynajdywać luki - a jak wrócę do swojego sejwa, to czas cofnie się wszystkim, czy tylko mnie? A jeśli innym też, to może komuś zepsuję coś, w czym osiągnął sukces? Sugerowałbym porzucić tego typu dywagacje. Sejwowanie naszego życia o poranku jest na tyle abstrakcyjne, że można sobie pozwolić na pewne nieścisłości. Ale byłoby fajnie, prawda?


22:18, kurtnovotny
Link Komentarze (20) »
wtorek, 26 maja 2009


Prawie rok temu popełniłem notkę, która traktowała o międzynarodowym uświęceniu dnia bez zapalenia papierosa. Dzień ten znów się zbliża, a mnie od pewnego czasu nachodzi refleksja - co właściwie fajnego jest w tych papierosach?

Napicie się alkoholu powoduje u nas określone działanie. U jednych będzie to poprawa humoru, innym dodaje kurażu, a jeszcze inni dopiero wtedy mogą. Owszem, uzależnia, ale przyjmowanie tejże cieczy w granicach przyzwoitości może przynieść nam sporo uciechy.

Zażycie narkotyku jest samo w sobie złe, ale jeśli ktoś już bierze, to również dostaje coś w zamian. Słynne okazyjne zapalenie trawki daje (złudne) poczucie rozluźnienia i ogólnie działa podobnie do alkoholu.

Uzależniają także słodycze. Obżeranie się nimi daje widoczne nagim okiem efekty, ale bywają nieodłącznym elementem umilającym zarówno ordynarne imprezowanie do rana, jak i meganudną herbatkę u babuni.

Nałogiem może być też coś całkiem innego, jak chociażby uprawianie sportu (tudzież konkretnej dyscypliny, np fascynująca gra w szachy). Niemniej wszystkie te mniej lub bardziej pozytywne uzależnienia cechuje wspólny mianownik - określony efekt. Pijesz/zażywasz/pożerasz/uprawiasz i otrzymujesz coś korzystnego w zamian. Czasem też skutki uboczne, ale to już inna sprawa.

A jak wygląda na tym tle sprawa z papierosami?

Drzewiej bywało tak, że ich palenie było dla gołowąsów przejawem dorosłości, a dla dorosłych - prestiżu? Wszechobecne reklamy koncernów tytoniowych próbowały przedstawiać palenie jako wręcz element stylu życia. Jednak wszelakie umoralniające kampanie otworzyły społeczeństwu mocno zamknięte oczęta - palenie jest be!

Mimo wszystko do dziś wiele osób w różnym wieku sięga po pety. Niestety u wielu z nich przeradza się to w silny nałóg, z którym autentycznie nie są w stanie walczyć skutecznie. Frapuje mnie zarówno zjawisko nr 1, jak i zjawisko nr 2. Czemu ludzie papierosy zaczynają palić oraz dlaczego tak trudne jest zaprzestanie tegoż procederu?

Palenie daje sporo "efektów" - bezlitośnie wyniszczamy swoje płuca i w ogóle układ oddechowy. Żółkną nam zęby. Pogarsza się stan cery. Śmierdzą nam ciuchy, zresztą my sami też. Nasze mieszkania i samochody różnią się od tych, które należą do osób niepalących. Za te wszystkie przyjemności płacimy też sumy w zasadzie niebotyczne, bo gdybyśmy np tyle mieli zapłacić za zdrowy jogurt, to zakrzyknęlibyśmy: "ale kurde drogo!".

Alkohol czy narkotyki powodują straty, ale dają też jakieś korzyści. A jakie dają papierosy? By się o tym przekonać, lata temu zakupiłem paczkę rzeczonych. Spalenie jej trwało kilka dni, niejako celowo próbowałem doprowadzić do uzależnienia. Niemożność zapalenia w domu, niechęć do palenia przy innych, strach przed koniecznością zmiany koszulki szybciej niż po tygodniu, fetor z ust - to wszystko nie powodowało we mnie chęci zakupu kolejnej paczki za prawie 9 nowych polskich złotych...

Tym bardziej więc nie rozumiem uzależnienia od tytoniu, tudzież niemożności zerwania z nałogiem. Bo o ile jeszcze ktoś palić zacznie, bo koledzy, bo tamto, bo siamto, to co powoduje w nim chęć ciągłego palenia? Wciąż wydawać kupę kasy na coś, co nie daje ŻADNYCH korzyści? A już najbardziej to nie kumam tej właśnie trudności związanej z rzuceniem palenia. Nie wiem jaka siła nie pozwalałaby mi przestać wydawać majątek na coś, co mi niszczy zdrowie, ciuchy, itp. nie dając nic w zamian.

Oczywiście zaraz powiecie: "nie palisz, to gówno tam wiesz jak to jest". No więc odpowiadam zawczasu - po piersie nikt mi nie kazał zacząć palić. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś wbrew mojej woli wpycha mi do ust szluga. Po drugie paliłem. "Jedną paczkę to wiesz, każdy by tak gadał. Kup kilka następnych to zobaczysz". Ale po cholerę mam kupować, skoro wiem, co to "daje"? Jak raz nabędziesz obrzydliwe w smaku piwo, to potem celowo kupujesz wciąż ten sam browar, by się uzależnić? Po co? "Też kiedyś myślałem/myślałam, że rzucę kiedy zechcę. Teraz wiem, jak to jest...". Oj biedactwo, przytulić Cię? A kto Ci maleństwo kazał w to brnąć zanim stało się uzależnieniem? Pokaż mi go, to skpoię mu dupę!

No chyba, że ktoś mi konstruktywnie wytłumaczy, jak głupie jest moje rozumowanie. Ktoś chętny?

PS. Wam też ten kawałek siedzi w głowie?:


21:56, kurtnovotny
Link Komentarze (11) »
sobota, 23 maja 2009
Kim jest Kataryna?

Pytanie to od kilku dni wzbudza niemałe emocje. Jedna z najsłynniejszych polskich blogerek zdobyła ogromną popularność dzięki mocno kontrowersyjnym wpisom na swoim blogu. Autorka komentuje tam nie tylko wydarzenia społeczno polityczne, ale krytykuje także konkretnych polityków czy dziennikarzy. Przez lata jej rosnąca popularność opierała się nie tylko na słowach bardzo ostrych, ale także na pilnie strzeżonej anonimowości.

Ludzie, których niejednokrotnie mieszała z błotem, to osoby z imienia i nazwiska znane mniejszym lub większym gronom ludzi. Za swoje postępowanie czy popełnione teksty odpowiadali więc jako persony z krwi i kości, których tożsamość i facjaty są do ogólnospołecznego wglądu. Sama zaś pozostawała 'kataryną', internetową komentatorką, która może być zarówno panią minister, jak i babcią klozetową.

Przez lata swojej działalności Kataryna miała tą właśnie "przewagę" nad atakowanymi przez siebie osobami. Przewagę ujętą w cudzysłów, gdyż polegała ona tylko i wyłącznie na tym, że za spłodzone przez siebie komentarze unikała nie tylko odpowiedzialności karnej, ale chociażby zwykłej odpowiedzialności moralnej. Obsmarowywani przez nią ludzie nie mieli szans na jakąkolwiek polemikę, bo i z kim ma dyskutować np. minister Czuma? Z internetowym nickiem? Skrywanie się pod pseudonimem przywołuje na pamięć czasy komunizmu, gdy szkalowanie władzy metodami partyzanckimi było już samo w sobie czynem bohaterskim. Ale dziś mam wolny kraj, wolność słowa. Działalność taka jest zatem przejawem co najmniej zwykłego tchórzostwa.

Sama kataryna niejednokrotnie wykraczała poza granice swego blogu (w sumie prowadzi dwa). Zanim na dobre zapuściła korzenie na bloksie, udzielała się na internetowych forach. Jej "debiut" to prawdopodobnie forum jednego z portali. Stopniowo zyskiwana popularność nakłoniła ją do stworzenia swojego stałego miejsca w sieci, skąd anonimowo rzucałaby grudkami błota w kolejne ofiary. O blogu było kilka razy głośno, wiele pokrzywdzonych osób żądało ujawnienia jej tożsamości. Kataryna była na swój sposób osobą publiczną, kilka poważnych mediów przeprowadziło z nią wywiad. O skrywaniem się pod tym nickiem posądzano już kilka osób publicznych. Niemniej dla wszystkich wciąż pozostawała jedynie kataryną.

Przywołanie ministra Czumy akurat było nieprzypadkowe. To konflikt z tymże panem, a potem z jego synem zagroził bezkarności kataryny. Drogą półoficjalną zażądał on podania personaliów autorki. Powód? Wniesienie sprawy do sądu. A ten, jak wiadomo, sądzić musi wymienione z imienia i nazwiska osoby. Medialna wrzawa osiągnęła po raz pierwszy zenit.

"Dziennikarze" kontrowersyjnego "Dziennika" obwieścili bowiem, że znają tożsamość kataryny. W swoich podłych wypocinach podali jej imię, wiek oraz to, czym się autorka zajmuje w tzw. realnym świecie. Z informacji tych wynika, że blogerka babcią klozetową może nie jest, ale na pewno nie pozostaje całkiem anonimowa. Być może wiele osób już teraz domyśliło się, jak brzmi jej prawdziwe nazwisko.

Historia 38-latki wzbudza wiele kontrowersji. Pod lupę wzięta jest nie tylko jej działalność blogowa, ale także okoliczności ujawnienia (w dużej mierze) jej personaliów. Otoczka wokół jej osoby, czasem sztucznie napędzana przez media jest gotowym scenariuszem na film. Może nie mrożący krew w żyłach film sensacyjny, ale ciekawy paradokument na pewno.

Przypadek kataryny może być także kluczowy w kwestii anonimowości w sieci. Czemu ją tak pilnie skrywała? Ano dlatego:

"(...) anonimowość daje mi ogromną swobodę. Bez tego założyłabym sobie kaganiec, żeby nie narazić się na procesy."

Kataryna zdaje więc sobie sprawę, że niektóre jej teksty wykraczały poza granicę etyki. Zdaje też sobie sprawę, że nie byłaby tak odważna, firmując teksty swoim nazwiskiem. Oczywiście nie każdy wpis musi być takim podpisem opatrzony, ale czy anonimowość w sieci nie powinna mieć pewnych granic? Tym bardziej, że dojść może do takich sytuacji:

"Kilka lat temu, zanim jeszcze zaczęłam pisać bloga, a tylko udzielałam się na forum "Gazety Wyborczej" jako Kataryna, ostro krytykowałam tam Roberta Kwiatkowskiego, ówczesnego prezesa TVP. W tym samym czasie spotkałam go w realu w mojej pracy. Oczywiste jest, że gdyby wiedział, kim jestem, zupełnie inaczej wyglądałoby to nasze spotkanie."

Paradoks? Podwójne życie? Hipokryzja? To wszystko umoiżliwia właśnie internetowa anonimowość. Osobnym tematem jest jednak sposób "ujawnienia" danych blogerki. Co ona sama sądzi o upublicznieniu swoich personaliów?

"Czekam na mejla z oficjalnej poczty ministra Czumy z jego podpisem, w którym napisze, że chce mnie pozwać i potrzebuje moich danych. Jeżeli taki list dostanę, to mu odpowiem, podając swoje dane. Nie jestem oczywiście na tyle naiwna, by wierzyć, że to zostanie między nami. Nie wierzę w dyskrecję i dobrą wolę Czumy i jego syna pod tym względem. Siłą rzeczy będzie to już moje oficjalne ujawnienie się przed wszystkimi."

Co ciekawe, według kataryny będzie to oznaczało koniec działalności blogowej. Jestem głębokim przeciwnikiem stalinowskich metod działania "dziennikarzy" Dziennika, ale tak jawne i tchórzliwe uciekanie od odpowiedzialności również pewien niesmak pozostawia...
12:46, kurtnovotny
Link Komentarze (16) »
piątek, 01 maja 2009
Postanowiłem zadziałać w sprawie wcześniejszego przywrócenia Internetu pod moją strzechę i... udało się. Od paru dni znów jest wszystko po staremu. Dlatego też zgodnie z innym postanowieniem, od początku maja wstawiam nową notkę.

Chciałem przy tej okazji podziękować za miłe słowa, że czekacie, itp. No to dzięki:)

Notka jednak będzie krótka i raczej prywatna, więc jeśli ta tematyka was nie kręci, to już teraz zapraszam na jutro.

Bardzo mnie ciekawi, jakie będzie tegoroczne lato. Nie chodzi mi tylko o kwestie pogodowe, ale bardziej o to, jak je spędzę. Zanabyłem sobie nowy-używany rower, na którym wczoraj zadebiutowałem i mam ambitny plan używać go codziennie, aż spadną pierwsze śniegi. Od czerwca czeka mnie też prawdopodobnie zmiana pracy (temat-rzeka), więc nie do końca wiem, jak to z moim wolnym czasem będzie. Pewne jest tylko to, że nigdzie nie wyjadę.

Ale mam nadzieję, że spędzę sporo takich dni, jak właśnie ten trwający. Jest cieplutko, zero chmur na niebie, a ja już za moment wsiadam w samochód i jadę na grilla pod Warszawę ze znajomymi. Właśnie takie wypady (niekoniecznie znów samochodem i niekoniecznie znów na grilla) marzą mi się tego lata najbardziej.

Tylko brak pewnej Pani mnie zabija...

Na koniec tej notki ogłaszam mały konkurs, który może wszystkim przynieść sporo korzyści. Otóż sprawa jest trywialna - zaproponujcie ciekawy sposób na spędzenie wakacji (lub ich fragmentu) przy założeniu, że wyjazd rozumiany przez kilkudniowy pobyt gdzieś odpada. Nagrodą będzie... zobaczycie.

Póki co życzę miłego dnia:)


11:15, kurtnovotny
Link Komentarze (5) »
piątek, 17 kwietnia 2009

Z udawanym smutkiem i nieszczerym żalem zawiadamiam, iż z przyczyn w dużej mierze ode mnie zależnych, na niniejszym blogu następuje przerwa techniczna. Miałem to napisać w bocznej szpalcie, ale tym sposobem dotrę nie do trzech, ale do czterech moich stałych czytelników (że wam nie szkoda na mnie czasu...).

Dokąd potrwa przerwa? No aż dobiegnie końca. A tak seryjnie - NAJPÓŹNIEJ wracam do was 10 maja. Być może wcześniej, ale prawie na pewno nie później. Niestety tak się parę spraw ułożyło, że na ten czas pozostaję bez dostępu do Internetu. A bez takowego ciężko wstawiać nowe notki, nie?

Jedno co mogę obiecać, to że jest to przedostatnia tego typu przerwa. Nie przewiduję co prawda kolejnych, ale to tak asekuracyjnie piszę. I jeszcze jedno - w czasie braku dostępu do netu wciąż pozostaje mi dostęp do laptopa. Dlatego też do czasu powrotu popełnię parę tekstów, dzięki czemu wreszcie wyeliminuję przestoje na tym blogu.

Póki co - wszystkiego dobrego życzę. Dziś bez muzyki, bo w pracy mi YouTube średnio chodzi. Pa!

19:28, kurtnovotny
Link Komentarze (6) »
niedziela, 12 kwietnia 2009
Dzisiejszy odcinek cyklu, gdyby ktoś nie załapał tytułu, poświęcam muzyce.Z czystego lenistwa nie okraszę tej notki milionem strumieni z jutuba, bo to ani jakieś sensowne, ani, wbrew pozorom, łatwe. Poza tym YT lubią sprawiać niespodzianki w stylu "this video is no longer avaible", dlatego bardziej się tu rozpiszę niż rozegram. Do rzeczy.

Nie wnikając w szczegóły, mam o 10 lat starszą od siebie siostrę. Za "namową" naszej mamy chodziła ona do podstawówki i liceum o profilu muzycznym. Sekcja fortepianowa. Siłą rzecz więc już jako berbeć osłuchany byłem z klimatami muzyki bardziej poważnej niźli rozrywkowej. Na szczęście jednak siostra też tej nuty nie lubiła - gdy mamy nie było w domu, zapuszczała ostry rock. I to było to!

Na początku lat 90-tych, gdy nie było się już przeciwko czemu buntować, ludzie zaczęli szukać swoich własnych dróg. Natworzyło się milion subkultur, z których prawie każda miała swój nurt muzyczny. Siostrzyczce najbliżej było właśnie do tych, co to noszą jednokolorowe (czarne) ubrania, przyozdabiają ciało żelastwem i są ogólnie całkowicie wolni. Z głośników w ich jamnikach sączyły się brzmienia ciężkie i gęste. Dzięki temu w "zaciszu" domowym mogłem poznać takie tuzy, jak: Metallica, Pearl Jam, AC DC, Scorpions, Nirvana, itp.

Wtórował nam tata, który czasem zasiadał sobie z piwkiem i gitarą przed głośno nastawionym kanałem MTV i z wielkim zaangażowaniem brzdąkał kolejne utwory rockowe. Z tym, że ojczulek lubował się także w klimatach nieco lżejszych i/lub starszych: Czerwone Gitary, The Beatles, Hey, Varius Manx, itp. No i oczywiście nieśmiertelny kawałek:


Twój stary też grał to kiedyś na gitarze?

Przesiąknięty nurtem gitarowym począłem szukać własnych ścieżek muzycznych. Znaczący pomógł mi w tym przyjaciel, ten co go na łamach tego bloga niejednokrotnie wspominałem. To on przyniósł mi kasety z nagraniami Kazika, Kultu, itp. Do dziś pamiętam, jak na wyrwanych z zeszytu kartach spisał dla mnie wszystkie teksty tych piosenek. W sumie nie musiał - nie słuchałem ich tylko wtedy, gdy spałem i wszystkie słowa znałem na pamięć. Oczywiście jednym z najbardziej nieśmiertelnych do dziś kawałków jest "12 groszy":


To w zasadzie były pierwsze utwory nie tylko słuchane, ale i rozumiane. Muzyki zagranicznej jeszcze wtedy nie byłem w stanie sobie przetłumaczyć. Zresztą w przypadku niektórych tekstów angielskich żałuję, że dziś je rozumiem... Ale chodzi mi też o rozumienie w szerszym znaczeniu. Dlatego pewnie do Kazika niebawem dołączyli inni: Republika, Wilki, Dżem, Myslovitz. Zacząłem muzykę postrzegać już nie tylko jako "coś do posłuchania". W niektórych tekstach odnalazłem (z zachowaniem umiaru) mądrości czy późniejsze inspiracje.

Gdzieś między podstawówką i liceum na moment wciągnął mnie świat hip-hopu czy też innego rapu. W klasie miałem specjalistów od "nawijek z przekazem", dlatego inspirowane życiem teksty przyciągnęły moją uwagę. Nie chodzi tu o kawałki w stylu "ojej, siedzimy na ławce, jaramy blanta, a policja podjechała i nas zabrała, sprawdź to ziomek". Chodzi mi o klimaty wczesnego Kalibra 44 czy Paktofoniki. Jednym z do dziś przeze mnie słuchanych utworów jest kawałek DKA:


Zresztą na dobry rap jestem nadal otwarty. Niestety brakuje nam takowego.

Czasy szkoły średniej to chwilowa fascynacja muzyką klubową. Tu znów muszę zaznaczyć, że nie mam na myśli kawałków zrobionych na automacie perkusyjnym, które zazwyczaj sączą się z czarnych BMW... Co powiecie np na takie coś:


Jednak pewnego lutowego weekendu zakończyłem karierę klubową. Zresztą już wtedy byłem na etapie wracania do korzeni. Znów pochłonął mnie rock. Odkurzyłem prawie wszystkich wykonawców z lat dziecięcych. Dorzuciłem do nich jednak sporo "nowych": Red Hot Chilli Peppers, System Of A Down, Offspring, Green Day, Guns'n'Roses, Papa Roach, Korn, Coldplay, Placebo. Ten ostatni zespół mógłbym chyba zresztą śmiało jakiejś gimnazjalistce wpisać do "Złotych Myśli" jako ulubiony. No bo posłuchajcie:


I tak to chyba dzisiaj wygląda. Interesuje mnie muzyka, ale i tekst. Coś, co daje do myślenia, inspiruje. Nie zamykam się na jeden gatunek. Ważne, by mi się po prostu podobało :)

PS - dzisiejszy odcinek może wydawać się nieco okrojony. Bo tak w gruncie rzeczy jest. Po prostu nie sposób opisać tego tematu mega dokładnie. Wybaczycie? No to dzięki.


20:32, kurtnovotny
Link Komentarze (16) »
piątek, 03 kwietnia 2009



Od końca minionego roku byliśmy ostrzeliwani, teraz jesteśmy wręcz bombardowani newsami o niesłychanym wręcz kryzysie gospodarczym, który to dotyka coraz więcej sfer już nie tylko naszej pracy, ale również i życia codziennego. Oczywiście, jak zwykle przy takich okazjach bywa, informacje owe są często grubo wyolbrzymione i wcale nie jest tak, że świat stoi na krawędzi totalnego krachu. Problem jest poważny, ale ludzie - przyjrzyjcie się dokładniej nawet swojemu otoczeniu, a zapytacie sami siebie: "jaki kryzys?".

Pogłoski o tym, iż kryzys jest tylko wymysłem różnorakich możnowładców, których celem jest stłumienie i wyzysk słabszych (biedniejszych), są również przesadzone. Nawet to, iż sprawa dotyczy tylko USA odbiega od prawdy. Niestety, to co dotyczy Jankesów, dotyczy też reszty świata. Teraz widać, jak uzależnili od siebie wpatrzonych w nich dorobkiewiczów.

Należy więc przyjąć, że zjawisko kryzysu istnieje i w zróżnicowanym stopniu dotyczy całego świata. Jak śpiewał niezmordowany Kazik: "sytuacja nie jest jednak zupełnie beznadziejna", dlatego czym prędzej musimy zacząć uczyć się w owym kryzysie żyć oraz wyciągać i stosować odpowiednie wnioski.

Kryzys w pracy

Zadzwoniła do mnie niedawno koleżanka z poprzedniej pracy by spytać, co tam u mnie słychać. Oczywiście nie mogło nie wejść na tematy zawodowe:

- A pamiętasz te soczki, co nam przywozili raz w miesiącu? - spytała.
- Jasne, zawsze wciągałem je na przerwie obiadowej - faktycznie, o dostawy tychże soczków kierownictwo bardzo dbało.
- No, to już ich nie przywożą. Nie dają nam też kawy, herbaty, nawet cukier zabrali. Musimy wszystko swoje przynosić. Kryzys...
- To jeszcze nic - odrzekłem, gdyż u nas takie coś dawno wprowadzili. - Nam zabrali bezpłatną opiekę medyczną. Kto chce ją nadal, musi mieć potrącane co miesiąc z pensji. K(ryzys) - chciałem powiedzieć, ale z moich ust wyszło inne słowo.

Jak sięgnę pamięcią, jeszcze kilkanaście miesięcy temu pracodawcy oferowali cuda na kiju, bylebyś tylko chciał pracować u nich, a nie u Irlandczyka na zmywaku. Przyzwoita pensja i zaplecze socjalne nie były już czymś, co przyciąga jak magnes. Teraz jest odwrotnie - szef zabierze ci soczki, obetnie premię za niedogolony ryj, a na koniec rzuci marne grosze. Nie odpowiada? To na zmywak! Ale czy nie jest też trochę tak, że pracodawcy kryzys wykorzystują? Może jest to dla nich wyśmienita okazja, by właśnie zlikwidować soczki, obniżyć pensję, podwyższyć ceny, itp? A w razie protestów wymówka jest boleśnie uniwersalna - kryzys panie, kryzys...

Jednak zjawisko kryzysu nauczy przedsiębiorców tudzież innych szefów REALNYCH oszczędności. Nie mam tu na myśli obcinania wynagrodzeń do ustawowego minimum. Ale może dojdą do wniosku, że ładowanie kasy we wszystko, na co tylko ich stać jest działaniem bezsensownym. Zaoszczędzone pieniądze nie tylko zostaną w ich kieszeni, ale może... pracownikom dadzą podwyżkę?

Kryzys w życiu

Jak to zwykle przy okazji katastrof bywa, najgorzej obrywa najsłabszy. W tym wypadku są to zwykli, szarzy obywatele, jak Ty czy Ja. Ktoś kiedyś rzekł mi, że "bogaci pozostaną bogaci, może trochę zbiednieją, ale biedni będą mieli jeszcze gorzej". Coś w tym jest, prawda?

Niemniej, jak wspomniałem na początku, zamiast narzekać, musimy wziąć się za robotę. Kryzys pozwolił wielu ludziom przewartościować pewne dwie listy. Jedna z nich zawiera nasze potrzeby, druga zachcianki. W skrócie pisząc, do pierwszej wrzucamy rachunki, komorne, żarcie, itp. Drugą wypełniają kina, knajpy, podróże, itp. Przyjmijmy, że sprawy z list nr 1 MUSIMY opłacać, sprawy z listy nr 2 tylko CHCEMY. Już teraz widać, jak kryzys pomaga w przesuwaniu potrzeb na stronę zachcianek. Okazuje się bowiem, że NIE MUSIMY jeść w restauracji, kupować najdroższych ciuchów, itp. Robimy to tylko wtedy, gdy CHCEMY i nas na to stać.

Póki co kryzys bardziej oddziałuje na naszą psychikę, niźli kieszeń. Jednak i na to przyjdzie czas, dlatego dobrze jest już teraz się na to przygotowywać. Dobrze jest wiedzieć, że 10 zł to może być sporo kasy i szkoda wydawać jej na bzdury.

Co dalej?

Czytałem gdzieś, że kryzys i/lub jego skutki odczuwać będziemy przez ok. 10 lat. Totalna katastrofa raczej nam nie grozi, ale może być momentami ciężko. Nie raz dostaniemy pewnie od życia twardą lekcję, na którą, jak wcześniej pisałem, dobrze jest być przygotowanym. Jednak kryzys kiedyś minie, pojawia się bowiem pytanie - co dalej?

Z obecnej i nadchodzącej sytuacji możemy wyciągnąć bezcenną naukę. Naukę rozsądnego i oszczędnego życia. Nie będziemy tyle marnować nie tylko kasy, ale i wody, papieru, jedzenia, itp. Tylko czy "po kryzysie" będziemy tacy nadal? Czy gdy zło przeminie, nie rzucimy się nagle do wydawania i wariowania? Czyli do tego, co było "przed kryzysem"? Myślę sobie, że szkoda byłoby zmarnować tyle nauki...

PS - czy Pewna Pani ostatnimi czasy stara mi się powiedzieć to:


13:25, kurtnovotny
Link Komentarze (11) »
wtorek, 31 marca 2009
Periodyk "Polityka" popełnił niedawno łzawy artykulik o Macieju Zientarskim, jego wypadku i obecnym życiu. Grafomanię tę ujrzałem "dzięki" Gazeta.pl, o tutaj. Przed przystąpieniem do dalszej części notki sugeruję tam zerknąć, by wczuć się w klimat moich pseudointelektualnych wynurzeń. Już? No to zapraszam do lektury.

Otóż historia rzeczonego Zientarskiego oraz ostatnio przeprowadzone rozmowy z pewną personą skłoniły mnie do przemyśleń nad wzbudzającym niemałe emocje tematem odpowiedzialności zbiorowej. Nie jest to może kwestia porównywalna z aborcją, eutanazją czy zespołem Feel, ale na pewno przysłowiowy każdy ma o niej jakieś zdanie. Nawet, jeśli sprowadza się ono do zwykłego "popieram" lub "nie popieram". Moja niesłychana umiejętność babrania się w szczegółach nakazuje, by jednak temat omówić nieco szerzej.

Z artykułu "Polityki" wynika, iż najbardziej palącą kwestią w casusie popularnego "Zientara" jest ustalenie, kto prowadził feralne Ferrari. Jak wiadomo, śmierć na miejscu poniósł kolega Zientarskiego, Jarosław Zabiega. Jeśli bowiem to on prowadził auto, sprawę można teoretycznie uznać za zamkniętą. W przeciwnym wypadku odpowiedzialność za nieumyślne (sic!) spowodowanie śmierci musi ponieść "Zientar". No ludzie kochani!

NIE jest istotne, kto prowadził. Wypadek ten nie nastąpił z przyczyn od nich niezależnych. Jeśli ktoś grzeje prawie 200 km/h w okolicach centrum Warszawy, to o żadnym wypadku nie może być mowy! Jako dziennikarze motoryzacyjni winni byli wiedzieć, czym takie coś grozi. Oni po prostu igrali ze śmiercią. A dlaczego nie jest ważne, kto prowadził? Bo obaj siedzieli w jednym samochodzie i jeden drugiego mógł uspokoić, kazać mu zwolnić. Skoro tak się nie stało, to znaczy że pasażer akceptował postępowanie kierowcy.

W takim właśnie przypadku popieram zjawisko odpowiedzialności zbiorowej. Dwaj koledzy jechali jednym autem, nikt ich do niczego nie zmuszał. Kierowca jest jak kapitan na statku, ale jeśli popełnia rażące błędy, pasażer ma prawo ŻĄDAĆ zmiany stylu czy prędkości jazdy. Dlatego czy prowadził Zientarski czy Zabiega, obaj są winni śmierci tego drugiego.

Gdy tylko mamy realny wpływ na dane wydarzenia, możemy mówić o ewentualnej odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli w żaden sposób nie reagujemy na dziejące się zło, ponosimy współodpowiedzialność za wyrządzone szkody i krzywdy. Kiedy tylko możemy, to musimy kazać zwolnić kierowcy, pomóc zaczepianej kobiecie, uspokoić prowodyra klasowego. Może to nie my bezpośrednio bierzemy w jakimś procederze udział, ale mamy na to wpływ - brak działania to też działanie. Grzech zaniechania?

Inaczej sprawa jawi się, gdy na dane wydarzenie wpływu mieć nie możemy. Jeśli widzimy bandę osiłków tłukących kogoś bezbronnego, to mało rozsądne będzie wkroczenie między nich. Nasamprzód lepiej samemu się ukryć, potem chociażby wezwać policję. Jeśli mimo wszystko ofiara zostanie pobita a sprawcy nie złapani, nie ponosimy odpowiedzialności zbiorowej. Kiedyś wracałem w nocy do domu i czekałem na przystanku, który był obok sklepu nocnego. Trzech mężczyzn chciało go okraść i już w trakcie zauważyli mnie. Jeden podbiegł do mnie z na pewno złym zamiarem, ale zaproponował, bym sobie stąd poszedł, to mi nic nie zrobią. Czy ponoszę współwinę za tamtą kradzież?

Nie ma więc co się puszyć, gdy w określonych przypadkach stosowana jest zasada odpowiedzialności zbiorowej. Gdy o czymś nie wiemy lub nie mamy na to wpływu - ok. Ale gdy możemy a nie zmieniamy biegu wydarzeń, ponosimy konsekwencje. No, to by było na tyle, dziękuję za uwagę i zapraszam do części muzycznej. Dobranoc :-)


23:33, kurtnovotny
Link Komentarze (5) »
czwartek, 26 marca 2009

Po ostatnich zawirowaniach miałem aż trzy dni wolnego. Wykorzystałem je jednak dosyć aktywnie, z czego jestem bardzo rad. Dopiero jutro mógłbym tak naprawdę odpocząć, ale... idę do pracy. I tak aż do niedzieli.

To mnie martwi z kilku powodów. Po pierwsze pracujący weekend to coś, co już samo w sobie mnie skręca i mógłbym na tym zakończyć wyliczankę. Po drugie jest z soboty na niedzielę zmiana czasu na letni (pamiętajcie, by wstać o 2:00 i przestawić zegarek!), więc mój odpoczynek między pracującą sobotą a pracującą niedzielą będzie realnie krótszy. Trzecim powodem jest czy też będzie niemożność pisania, również na blogu.

Nie wiem czy wiecie, ale od kilku miesięcy "pracuję" w portalu piłkarskim, o tutaj (zgadnijcie, które teksty są moje). A właśnie w weekendy dzieje się w piłce najwięcej. Poza tym chciałbym wreszcie zrealizować kilka tematów na niniejszym blogu. Chciałbym chociaż napisać te notki i stopniowo publikować, ale naprawdę ostatnio nie mam kiedy. Jeśli ktoś powie, że po pracy, to uniżenie informuję, iż moja gówniana praca trwa ZAWSZE od 10:00 do 22:00, więc tak jakby ciężko coś wtedy zrobić, a pozorowane pisanie mnie nie  kręci i jest wobec czytelników nieuczciwe.

Dlatego też najbliższe trzy dni zwyczajnie przeznaczam na straty. Nie dotknę się do bloga, może nawet w ogóle komputera. Praca, sen, praca, itp. Tym samym pragnę i Wam życzyć tak udanego weekendu, ale pozytywnie. Pewnie zachlacie gdzieś na imprezie, więc poświęćcie mi jeden z toastów, proszę...

A tu macie coś trochę imprezowego:

23:58, kurtnovotny
Link Komentarze (8) »
niedziela, 22 marca 2009


Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej co roku wzbudzają niesłabnące emocje, zarówno negatywne jak i pozytywne. Jedni z nominacjami kompletnie się nie zgadzają, inni widzą w nich odpowiednią koronację dzieła/twórcy. Jedno jest pewne - interesują one każdego, kto w jakiś sposób związany jest ze światem filmu.

Oscarowe noce już nie przyciągają milionów Polaków przed telewizory. Jednak przyczyn należy upatrywać w dwóch sprawach: po pierwsze nie są już one nadawane przez Telewizję Publiczną (zresztą co ona tak naprawdę nadaje poza Sejmem, Teleexpressem i Sprawą dla reportera?), po drugie w dobie wszechobecnego Internetu możemy rano po prostu sprawdzić wyniki na dowolnym portalu.

Chciałbym w poniższej notce przedstawić listę nominowanych i zwycięzców, a także dodać swój subiektywny komentarz. Was również zachęcam do wypowiedzi. Zaznaczam, iż NIE wszystkie kategorie tu uwzględniam Zaczynamy!

NAJLEPSZY FILM: "Slumdog. Milioner z ulicy"

POZOSTAŁE NOMINACJE: "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", "Frost/Nixon", "Lektor", "Obywatel Milk"

Czasem bywa tak, że jednego roku pojawiają się dwie lub więcej znakomitych produkcji. Nie inaczej było w roku 2008, dlatego wybór był naprawdę trudny, choć łatwiejszy od tego z roku 2007. Nagroda może być jednak tylko jedna. Do tego warto pamiętać, że Oscary rządzą się swoimi prawami. "Slumdog. Milioner z ulicy" jest mieszanką Holly- i Bollywoodu, opowiada naprawdę ciekawą i "prawdziwą" historię. Film wart zauważenia, ale czy statuetki? Moim faworytem był raczej "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", choć i ten obraz nie jest pozbawiony wad (podobnie jak "Slumdog", po prostu za długi!).

"Lektor" opowiada o wielkich rozterkach młodego chłopaka, którego wakacyjny romans przeradza się w koszmar. Oto bowiem obiekt jego pożądania okazuje się być prawdziwym potworem, choć świetnie ukrytym pod maską dobrej kobiety. Albo odwrotnie... To właśnie ma rozstrzygnąć widz. Historia ciekawa, ale czy akurat warta Oscara lub nawet nominacji? Wątpliwe.

Ostatnie dwie nominacje, "Frost/Nixon" i "Obywatel Milk" to filmy nie tylko amerykańskie, ale i dla Amerykanów. To trochę tak, jak my byśmy puścili w świat film o Jaruzelskim czy Biedroniu - niby wszystko fajnie, tylko większość nie załapie, o co chodzi.Oglądanie tych filmów bez znajomości choćby ich kontekstu może przeciętnego widza po prostu znudzić. Docenimy dobrze zrobiony film, ale nigdy go nie "poczujemy". Dlatego dobrze się stało, iż te akurat obrazy nie dostały (teoretycznie) najważniejszej nagrody na świecie.

Wśród chociażby nominowanych brakuje mi kilku filmów. To m.in.: "Mroczny Rycerz", "Siedem Dusz", "Zapaśnik", "Droga do szczęścia", "Elegia" czy chociażby "Oszukana". Poza pierwszym, pozostałe chyba po prostu nie były zbyt komercyjne. Ale co w takim razie w tamtym zestawieniu robi "Lektor"?

AKTOR PIERWSZOPLANOWY: Sean Penn ("Obywatel Milk")

POZOSTALI NOMINOWANI: Richard Jenkins ("Spotkanie"), Frank Langella ("Frost/Nixon"), Mickey Rourke ("Zapaśnik"), Brad Pitt ("Ciekawy przypadek BB")

Gdy oglądałem "Obywatela Milka", moje obrzydzenie stopniowo ustępowało miejsca niepokojącej myśli: "kurde, Penn dostanie za to Oscara". Był to chyba pierwszy film, w którym odmiennie od twórców pojmowałem dobre i złe postaci (tzn ci dobrzy byli źli i odwrotnie). Przedstawiony tu jako wielki bohater Sean Penn był więc dla mnie w istocie personą negatywną, kibicowałem jego wrogom. Oddać mu trzeba jednak, że rolę geja zagrał prawie wybitnie.

Mimo wszystko Oscar powinien trafić do Rourke'a. Jedna z dalszych nagród pokaże, iż Hollywood bywa sentymentalne, dlatego powracającemu po latach legendarnemu odtwórcy John'a z "9 i pół tygodnia" powinni tę statuetkę przyznać. Tym bardziej, iż tytułowego zapaśnika zagrał po prostu wybitnie. Dawno już tak bardzo nie "czułem" głównego bohatera.

Jenkins zrobił to, co powinien. Jego postaci nie można nic zarzucić. Zagrał sztywno? Bo grał sztywniaka! Pech aktora polega jednak na tym, iż "Spotkanie" do zbyt nagłośnionych produkcji nie należy. A szkoda, bo historia i piękna i wzruszająca... Z kolei Langella grał tak, że momentami miałem przed oczyma prawdziwego Nixona. Jednak przyznanie mu Oscara byłoby takim samy faux pas, jak nagrodzenie filmu "Frost/Nixon". Innymi słowy - rola świetna, tylko szkoda że w tym akurat filmie. A Pitt, jak to Pitt - znów trafił na scenariusz bliski ideału i sztuką byłoby skopanie swojej postaci. Niemniej temu gościowi kiedyś w końcu muszą dać tę statuetkę.

Ja doceniłbym jeszcze Stephen'a Dorff'a ("Skazaniec"), Will'a Smith'a ("Siedem Dusz") czy, pozostając przy sentymentach, Sylvestra Stallone'a ("Rambo").

AKTORKA PIERWSZOPLANOWA: Kate Winslet ("Lektor")

POZOSTAŁE NOMINACJE: Meryl Streep ("Wątpliwość"), Melissa Leo ("Frozen River"), Anne Hathaway ("Rachel Getting Married"), Angelina Jolie ("Oszukana").

Pierwsze, co ciśnie mi się na usta w przypadku tryumfatorki, to "za co?!". Jeśli już akurat ona miała dostać Oscara, to na pewno nie za ten film, a za "Drogę do szczęścia". Tam Winslet zagrała naprawdę super. Ale "Lektor"? Ktoś spyta, co ona tam pokazała. Śpiesznie odpowiadam: obwisłe ciało, dwie miny (stosowane przemiennie) i kilka krzyków. Totalna pomyłka...

Przegraną Angeliny Jolie tłumaczę jedynie niechęcią do jej osoby. Średnio lubiana w Hollywood, uwielbiana na świecie. Oscar bezwględnie jej się należał.

Pozostałe nominacje potwierdzają tylko smutną prawdę: w tym roku żadna aktorka nie zagrała ani świetnie, ani w wybitnej produkcji, choć na uwagę może zasługiwać Keira Knightley ("Księżna"). Co do Hathaway - Oscary upadną, jeśli ona kiedyś zdobędzie choć jednego...

AKTOR DRUGOPLANOWY: Heath Ledger ("Mroczny Rycerz")

POZOSTAŁE NOMINACJE: Josh Brolin ("Obywatel Milk"), Robert Downey Jr ("Jaja w tropikach"), Philip Seymour Hoffman ("Wątpliwość"), Michael Shannon ("Droga do szczęścia").

Oscar w pełni zasłużony. I nie chodzi tu tylko o okoliczności (aktor zmarł tuż po skończeniu produkcji). Ledger zagrał Jokera po prostu wybitnie, czym przebił samego Jack'a Nicholson'a. Zszedł ze sceny niepokonany, chociaż kto wie, co jeszcze by pokazał na srebrnym ekranie?

Pozostałe nominacje są dla Ledgera tylko nieumiejętnie dobieranym tłem. Brolin'a nominowali na pocieszenie razem z Langellą, Downey'a Juniora naprawdę nie wiem za co, o Hoffmanie napiszę później, a Shannon po prostu uzupełnia stawkę.

AKTORKA DRUGOPLANOWA: Penelope Cruz ("Vicky Cristina Barcelona")

POZOSTAŁE NOMINACJE: Amy Adams i Viola Davis (obydwie "Wątpliwość"), Taraji P. Henson ("Ciekawy przypadek BB"), Marisa Tomei ("Zapaśnik").

Filmy pani Cruz nie widziałem, ale to może świadczyć na korzyść nagrody. Prawdopodobnie bowiem Akademia doceniła GRĘ AKTORSKĄ, a nie popularność filmu.

Taraji P. Henson? Jeśli już o ten film idzie, to chyba prędzej Cate Blanchett... Marisa Tomei faktycznie zagrała nieźle, ale nawet nominacja to trochę zbyt dużo.

Osobną sprawą są nominacje dla Adams i Davis. Tu wróćmy na moment do Hoffmana oraz Streep. Otóż w filmie "Wątpliwość" widzimy na dobrą sprawę czwórkę aktorów. Wszyscy oni zostali nominowani do Oscara. Jest to jeden z najbardziej niezrozumiałych dla mnie przypadków w historii tychże nagród. Film traktował o ciekawej sprawie, ale był przedstawiony mocno pobieżnie, do tego pozostawił sporo wątpliwości, ale nie tych tytułowych. Dotyczą one raczej sensu samego filmu. A gra wspomnianej czwórki? Streep jeszcze ujdzie, ale reszta? Szczególnie Davis, widoczna przez minutę chyba...

NAJLEPSZY REŻYSER: Danny Boyle ("Slumdog")

POZOSTAŁE NOMINACJE: David Fincher ("Ciekawy przypadek BB"), Stephen Daldry ("Lektor"), Ron Howard ("Frost/Nixon"), Gus Van Sant ("Obywatel Milk").

Boyle po prostu musiał dostać Oscara. Wahać się można było tylko między nim, a Fincherem. Obaj dostali do ręki scenariusze prawie wybitne, wystarczyło tylko ich nie skopać.

Pozostali natomiast dostali nominacje chyba niesieni falą popularności kręconych przez nich filmów. Bo reżysersko nie pokazali w nich nic, co mogłoby zasługiwać na Oscara.


Tegoroczne wręczenie Oscarów tradycyjnie już obfitowało w kontrowersje. Dla jednych decyzje były słuszne, dla innych nietrafione. Mnie cieszy tylko to, że doceniony świetny film animowany "WALL.E" :)

Dla tych, co dobrnęli do końca tej nudnej notki pozostawiam trochę muzyki i zachętę do podzielenia się własną opinią.


17:04, kurtnovotny
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2009
Zgodnie z zapowiedzią odbywania przeze mnie nieregularnych podróży w przeszłość, niniejszym oddaję przed wasze oczy odcinek nr 1. Nie spodziewam się entuzjastycznej reakcji, gdyż temat jest raczej niszowy, a do tego podróż jest okraszona dużą dawką prywaty. Innymi słowy nie piszę tu o tematach ogólnie, ale tak jak je odbierałem i odbieram. Zatem jedziemy...

Osoby będące w moim wieku wiedzą, iż ich narodziny zbiegły się mniej więcej z raczkowaniem rynku gier komputerowych w Polsce. Oczywiście pierwsze gry powstały znacznie wcześniej, jednak do szerszej widowni kraju znad Wisły trafiły na dobre z początkiem lat 90-tych. Wtedy to, a może nawet nieco wcześniej, pojawili się pierwsi użytkownicy maszyn prosto z kosmosu. Mało kto pamięta już takie nazwy jak: Amiga, Atari, Commodore czy Pegasus. A szkoda, bo wtedy dla chłopców były te sprzęty tym, czym dla dziewczyn lalki Barbie i Ken z dużym samochodem. Innymi słowy - obiektem marzeń.

Pierwsze kontakty z aktywnym wpływaniem na rozwój wypadków na ekranie zetknąłem się chyba u swego wujka. Miał on rzeczonego wcześniej Pegasusa i zwykł zapraszać do siebie młodocianych sąsiadów na wielogodzinne granie. Chłopaki zapewne pamiętają słynną Contrę:


Wielogodzinne i emocjonujące rozgrywki, często "na dwóch" to coś, co w pamięci pozostanie na długo. Jednak przedstawiciele obydwu płci zapewne pamiętają inny zacny tytuł. Super Mario Bros:

Czy wam też po nocach śniło się, jak pokonujecie hordy wszelakich żółwi i grzybków, by na końcu zabić smoka i uratować księżniczkę? Nieustający bieg w prawo w wykonaniu pociesznego hydraulika na stałe zapisał się w historii, nie bójmy się tego słowa, kultury masowej. Mam na myśli to, że nie tylko gracze z rozrzewnieniem wspominają tamte czasy. Nawet krąży takie powiedzonko: "a twoja stara przeszła Mario w lewo".

Pod swoją strzechą miałem jakąś bliżej nienazwaną grę telewizyjną, ale jako że babcia koniecznie musiała oglądać "Modę na sukces" (tak, tak - już wtedy leciała), swoje żądze grania zaspokajałem u kolegi, który swoje Commodore 64 odpalał śrubokrętem zręczniej, niż niejeden spec przykręca nim śrubki. Dwugodzinne wizyty niezmiennie przynosiły mi wiele radości - najpierw półtorej godziny majstrowania przy kasetach magnetofonowych, potem kilka minut gry, by operację powtórzyć - zwyczajnie gra się zawieszała. To były czasy...

Jednak przełomem było pojawienie się na rynku Amigi. Po hiszpańsku słowo to znaczy "przyjaciółka" i uwierzcie mi, że nazwę dobrano trafną. Do dziś pamiętam, jak cała rodzina w tajemnicy przede mną przygotowała sprzęt na stole, podłączyli to wszystko jakoś do TV i mnie zawołali. Tata oficjalnie odpalił Amigę, która... nie zadziałała. Jednak już parę dni później dzierżyłem w dłoni joystick, pochłaniając kolejne gry.

Jedną z najlepiej przeze mnie zapamiętanych był do dziś nieśmiertelny Sensible World of Soccer:

Tuż po powrocie z przedszkola, potem już szkoły rozgrywałem tysiące meczów, przeżywając przy tym niezapomniane emocje. Popołudniu joystick przejmował ojciec, który do dziś wspomina łamanie tego urządzenia do rana (i to dosłownie - joysticków miałem kilkanaście). Często graliśmy też we dwóch. Nie wiem, czy nie lepiej było porozmawiać jak na ojca i syna przystało, ale z drugiej strony - czy te rozmowy pamiętałbym do dziś?

Bardzo szybko odkryłem jednak, jaki rodzaj gier kręci mnie najbardziej. Otóż są to moi drodzy przygodówki. Uwielbiam też strategie, ale gry przygodowe to coś, co mógłbym zabrać na bezludną wyspę. Wtedy nie było jeszcze tłumaczeń do gier, dlatego tym sposobem zbierałem swoje pierwsze szlify języka angielskiego.

Często w niedziele jeździliśmy z tatą na Plac Grzybowski, gdzie odbywał się prototyp późniejszego "Volumenu" i "Stadionu". Normalnie i legalnie sprzedawano tutaj gry pirackie, w tamtych czasach lepiej dostępne niż oryginały. Któregoś razu pewien student zaproponował nam (bo zawsze padało pytanie "co ma pan fajnego?") grę o małpach. Była na czterech dyskietkach, co oznaczało, iż jej zakup wyczerpie mój tygodniowy limit. Tata bowiem zawsze zaznaczał, że mogę kupić do pięciu dyskietek, po 2 złote sztuka. Postanowiłem jednak zaryzykować i tym oto sposobem zagrałem po raz pierwszy w Secret of Monkey Island:

Bardzo szybko w grę zaangażowała się też moja mama. Na tamte czasy była to dość trudna gra, ale jednocześnie obdarzona ogromną dawką humoru i tym "czymś", co powodowało nieodpartą chęć grania dalej. Kolejne zagadki rozwiązywaliśmy to z mamą, to z siostrą. Ze słownikiem w ręku prowadziłem dialogi, zbierałem przedmioty i odwiedzałem kolejne lokacje. Historia młodego Guybrush'a Threepwood'a, który chciał zostać piratem była tak wciągająca, że nawet całkiem niedawno odnalazłem ją w odmętach sieci i zagrałem jeszcze raz, już na laptopie. Jej kolejne części były również świetne (było ich razem 4, z czego ostatnia już na CD i w pełnym 3D), ale nie było to już to samo. Może tylko "dwójka" równa się z "jedynką", ale tylko równa się...

Drugą przygodówką, przez którą tygodniami nie wychodziłem na dwór, było Police Quest:

Tu było nieco inaczej, gdyż właśnie druga część serii zdobyła uznanie moje i tysięcy fanów. Sterowanie głównym bohaterem odbywało się za pomocą komend wstukiwanych z klawaiatury (open door, pick up gun, etc). Dziś taki numer by raczej się nie przyjął, ale na tamte czasy było to naprawdę coś. No i nauka języka...

Jednak prawdziwą gratką były Robaczki. Znana na całym świecie seria Worms do dziś jest grą, do której i starsi i młodsi z wielką chęcią powracają:

W moim przypadku był to schyłek Amigi, gdyż w pokoju zagościł pierwszy PC (dla wtajemniczonych - 350 Mhz, czyli rządziłem!). Jednak i na pececie nie zapomniałem o wielogodzinnych bojach toczonych wraz z moim (do dzisiaj) najlepszym kumplem i bardzo szybko załatwiliśmy sobie Wormsy na tę platformę. Do czasu, gdy w nasze ręce wpadła pierwsza FIFA (oczywiście gra). Był to już rok 1999...

Wydaje mi się, iż wtedy moja miłość do piłki rozbudzona została na dobre. Nigdy nie zapomnę tych gorących letnich dni, które z kumplem spędzaliśmy na wygrywaniu kolejnych Mistrzostw Świata. Był to czas złotej jedenastki Manchesteru United, którym graliśmy non-stop na zmianę. Echhh...

W tak zwanym międzyczasie w moje ręce wpadały różnorakie gry, które pozostawiły jakiś ślad w pamięci. To chociażby pierwsze wersje Grand Theft Auto:


Tony Hawk Pro Skater:


Max Payne:


Zresztą z tą ostatnią grą wiąże się inne wspomnienie. Otóż wraz ze wspomnianym kumplem spędziliśmy ponad 12 godzin na "przechodzeniu" Max Payne i zapisywaniu wszelakich statystyk: ilości strzałów, trupów, itp. Wariaci?

Nie sposób wymienić tu wszystkie gry, które zostały w pamięci i z którymi wiąże się jakieś wspomnienie. Myślę jednak, że te najważniejsze wymieniłem, poza jedną:


Wcześniej Championship, potem Football, ale zawsze Manager. Dokładnie 9 lat temu, gdy podsłuchałem rozmowę kolegów, poprosiłem o pożyczenie gry, zwanej zwyczajnie "managerem piłkarskim". I od dziewięciu lat, rokrocznie kupuję jej nową wersję, spędzając godzina na analizie takich obrazków, jak ten powyżej. Co ciekawe, od paru lat dodawana jest pewna statystyka do tej gry, mianowicie ilość czasu spędzonego na graniu w nią. Uwierzcie - to już idzie w tygodnie wyjęte z życia...

Dzisiejsze pokolenie graczy ma od razu zaserwowane gry ze świetną grafiką, dźwiękiem, itp. Brak im jednak "duszy", czegoś co sprawi, że gra stanie się czymś więcej niż tylko spędzeniem wolnego czasu. Niestety tamta epoka przeminęła, teraz to tylko komercja. Podobnym mi wariatom pozostaje więc przeczesywanie sieci w poszukiwaniu starych gier, by choć na trochę przywrócić tamte czasy...

Był to pierwszy odcinek wspominkowy. Zapewne nie oddał on wszystkich emocji i wspomnień, ale macie już obraz tego, jak wyglądać będzie ta seria. Mam nadzieję, że chwytacie o co chodzi...

Na koniec i zapowiedź kolejnego odcinka okraszam kawałkiem wspominkowym:

16:44, kurtnovotny
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 marca 2009


Fotka powyżej przedstawia facjatę zwykłego niemieckiego 17-latka, Tima Kretschmera. Kilka dni temu napisał on na internetowym forum, że rankiem zamierza zabić wielu ludzi. Ubrany w wojskowy mundur, z Berettą w ręku poszedł do szkoły. Z zimną krwią spacerował po korytarzach i salach lekcyjnych, strzelając do kolejnych osób. Strzelał celnie i skutecznie, w razie potrzeby uzupełniał amunicję. W pobliskim szpitalu, jak na ironię psychiatrycznym, zabił pracownika i ukradł samochód. Mimo błyskawicznej reakcji policji ujechał blisko 40 kilometrów. Zginął podczas wymiany ognia na parkingu centrum handlowego, zabijając jeszcze dwie osoby.

O szkolnych strzelaninach słyszeliśmy głównie przy okazji doniesień z USA, choć i w innych zakątkach globu podobne incydenty się przydarzały. Scenariusz zazwyczaj jest podobny - gołowąs strzela do wszystkich, następnie sam ginie (popełnia samobójstwo lub zostaje zabity). Jednak tragedia w 27-tysięcznym Winnenden była nieco inna.

Świadkowie mówią o wielkim opanowaniu młodego Tima. Ze stoickim spokojem przemierzał zakątki szkoły, sprawnie wymieniał magazynki z amunicją. Przed oczyma miał też dramatyczną scenę, gdy jedna z nauczycielek zasłoniła ciałem uczennicę, do której strzelał. Gdy postanowił uciec, zabił przed szkołą niczego nieświadomą inną nauczycielkę. Mając więc na sumieniu (jeśli ktoś powie "na koncie", zabiję) już 12 osób (czego oczywiście nie wiedział, bo ranił kilkoro innych) wdarł się do kolejnego budynku by ukraść samochód. A więc dał radę go otworzyć, odpalić, potem przejechać blisko 40 kilometrów. Musiał więc przez minimum 20 minut jechać, zmieniać biegi, rozmyślać. Nie zmienił swoich zamiarów - na parkingu wyszedł i otworzył ognień do ścigających go policjantów. Kilku ranił, zabił także dwóch przechodniów (nigdy nie rozumiałem pojęcia "przypadkowy przechodzeń" - a co jest w nim przypadkowego?). Wreszcie zginął.

Analiza tej sprawy to w tej chwili priorytet nie tylko dla śledczych, ale i armii wszelkiej maści psychologów czy psychiatrów. Przeczeszą oni każdą minutę życia Tima, szukając przyczyn jego postępowania. Ponoć cierpiał on na zaburzenia depresyjne, w szkole z niego szydzono. Broń zdobył w domu - ojciec legalnie posiada ok. 15 sztuk broni palnej. Gdy sprawca zbrodni ginie, teoretycznie nie ma kogo oskarżyć i skazać. Ale to tylko teoria.

Wstępne ustalenia mówią bowiem o tym, że ojciec Tima może trafić nawet na 5 lat do paki. Zarzut? "Nieumyślne spowodowanie śmierci w piętnastu przypadkach".

Ojciec miał świadomość depresji syna. Mimo to trzymał w domu znaczącą ilość broni. Do tego prawdopodobnie niezbyt dobrze ukrytej (jak skutecznie schować w domu 15 pistoletów? I po co ich aż tyle posiadać?). Czy to jednak wystarczy do wysunięcia takiego oskarżenia? Mieścina jest mała, więc mieszkańcy podzielą się teraz na dwa obozy: współczujących i nienawidzących rodzinę Tima. Do tego ciąganie po sądach, nagonka medialna. A do tego groźba pójścia do paki...

Trudno jest mi zająć w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. Tym bardziej, że nawet prokuratura nie zna jeszcze wszystkich szczegółów. Z jednej strony Tim był niepełnoletni, cierpiał na depresję. Ojciec mógł więc lepiej zabezpieczyć broń. Ale dlaczego akurat ojciec? Broń była na niego, ale matka też tam mieszkała. Poza tym w jaki sposób "nieumyślnie spowodował śmierć"? Jeśli kolega pożyczy ode mnie samochód i z jego winy zginie przechodzeń, to będę temu współwinny?

Sprawa ma charakter rozwojowy, może więc najbliższe dni przyniosą informacje, które rozwieją nasze wątpliwości. Jeśli jednak pozostanie tak, jak jest (zwykły, przygnębiony młodziak zwędził ojcu pistolet i pozabijał ludzi niesiony niepohamowaną furią), to oskarżenie i skazanie ojca wydaje mi się być mocno kontrowersyjne.

Co Wy na to?
23:55, kurtnovotny
Link Komentarze (8) »
Zgodnie z zapowiedzią większej personalizacji niniejszego bloga zapowiadam dzisiaj nowy, zapewne nieregularny cykl notek wspominkowych. Znające mnie persony wiedzą, iż jestem sentymenalny (nagroda dla osoby, która przypomni skąd pochodzi błąd w słowie przed nawiasem) i często z rozrzewnieniem wracam do czasów zamierzchłych. Tak, mam dobrą pamięć, przywiązuję się do ludzi, miejsc czy przedmiotów, a do tego lubię przywołać sobie klimat "tamtych czasów".

Od razu jednak zaznaczam dwie sprawy:

1. Nie dożyłem jeszcze nawet ćwiary, więc nie spodziewajcie się tu wynurzeń z czasów "...i wtedy Niewiadomski zastrzelił Narutowicza".

2. Wspominki owe nie raz dotkną spraw mniej lub bardziej znanych szerszemu ogółowi, jednak utrzymane zostaną w tonie mocno osobistym. Innymi słowy częściej niż rzadziej zwyczajnie nie zrozumiecie, "co autor miał na myśli".

3. Mam przeczucie graniczące z pewnością, iż nie zaznacie w cyklu owym treści stricte politycznych. Pamiętam Okrągły Stół, upadek Muru Berlińskiego, wybór Jelcyna czy nawet prześmiewczy program "Polskie Zoo", ale polityką jako taką wolę się nie parać. Może czasem nawiążę jakoś do tego skorumpowanego świata, ale tylko jeśli będzie to uzasadnione przy okazji omawiania jakiegoś tematu.

Wyczekującym na wspominki wybitnie osobiste, pokroju romansu z panią od angielskiego czy bicia mnie przez młodszą siostrę od razu ocieram cieknącą ślinkę - takich kwiatków się tu nie doczekacie.

Moje "Podróże do przeszłości" dotyczyć będą filmów, muzyki, zabawek, ciuchów czy gier komputerowych. Te ostatnie pójdą chyba zresztą na pierwszy ogień. Czasem rzucę też coś nieco bardziej złożonego. Całość okraszę - w miarę możliwości - zdjęciami, filmikami czy efektami zapachowymi.

Oczywiście jestem także otwarty na propozycje tematów. Cykl będzie osobisty, ale nie raz dotknie tematu powszechnie znanego. Np. w gry grał kiedyś prawie każdy, nie? Czekam zatem na Waszą kreatywność. Tradycyjnie najlepsze propozycje zostaną nagrodzone.

Na nieśmiały początek kawałek wspominkowy:


18:52, kurtnovotny
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 marca 2009
Na dziś planowałem tu wywalić notkę o czymś zgoła odmiennym, jednak okoliczności brutalnie zmusiły mnie do zmiany planów. A wszystko za sprawą przyznania mi nagrody Kreativ Blgger (blogowy odpowiednik Oscarów). Nominacji dokonał niejaki Mordimer. Wyróżnienie zobowiązuje, ale nie tylko do dawania autografów i szczerzenia się do obiektywów. Trzeba także niejako przekazać sprawę dalej, co niniejszym czynię.

Więc po otrzymaniu nominacji trzeba ją wywalić na swoim blogu:



Nawet trochę pasuje do rurzowej koncepcji mojego szablonu. Trzeba też powiedzieć od kogo ta nagroda. A więc ta nagroda jest od wspomnianego Mordimera.

Następnie trzeba podać 7 (lub więcej) blogów, które do nagrody nominujemy my sami (należy je podlinkować). Trzeba też ich autorom wyspamować newsa o tym w komentarzach pod ich notkami. No to nominuję (kolejność częściowo przypadkowa):

MORDIMER - sprawa oczywista. Statystyki jego odwiedzin wynoszą 3 dziennie (on, ja i automat spamujący). Ale mnie nominował, to wrzucam.

ZGUBIŁAM KORONĘ - to jakaś dalsza znajoma Mordimera, więc tak - częściowy nepotyzm. Chociaż gdyby częściej waliła notki, to nominacja byłaby zasłużona.

ZOŁZA - kochanka Mordimera, syjamska siostra ZGUBIŁAM KORONĘ. Poza tym wariatka to sześcianu i świetna towarzyszka nocnych poGGaduszek.

UNIVERSAL TRUTH - nigdy jej nie zapomnę, jak specjalnie z Krakowa przyjechała by mnie przez kilka minut zobaczyć.

NIEBIESKA - córka ZOŁZY (o ojcu mówi tylko tajemniczo: "Pan Mordimer"). Do tego poetka pełną piersią.

MELASA - bo po lekturze jej notek wiem, że nie jestem największym wariatem.

RAZ 79 - to jedyny gość, który zamiast słuchać mnie z otwartą buzią, potrafi nieśmiało nie przyznać mi do końca racji.

No to miłej zabawy :)


18:18, kurtnovotny
Link Komentarze (16) »
czwartek, 12 marca 2009


Przedwstępnie zamieszczam wielkie, a co tam - WIELKIE przeprosiny z powodu opóźnionego powrotu. Wczoraj bowiem była rocznica założenia przeze mnie tego bloga, co z kolei było wyśmienitą okazją do wznowienia jego prowadzenia. Ostatnimi czasy zaniedbałem nie tylko blog, ale i rodzinę, przyjaciół, pracę i samego siebie. Powrót nie nastąpił wczoraj, gdyż świętowanie owej rocznicy przedłużyło się aż do rana. Obecni na niej stali komentatorzy ponoć wciąż dochodzą do siebie...

Dlatego wielkie sorry, choć szczerze pisząc - nie jest mi przykro. Ale show must go on!

Wczorajsza notka rocznicowa miała być o tym samym, co będzie teraz. Czyli o zmianach na blogu. Moje myśli oscylowały gdzieś między zamknięciem tego miejsca a jego wielkimi zmianami. Stanęło na tym drugim. Dlatego niniejszym przedstawiam Wam moją koncepcję bloga na najbliższy czas. To tak tylko po to, by uniknąć rozczarowań. Jeśli komuś nie podpasuje, to tam są drzwi. Jak to gdzie? Tam!

Tak więc moi drodzy, długo i nie na temat. Blog czym jest, prawie każdy wie. Zamierzam więc w pełni korzystać z owej definicji. Dlatego też od dzisiaj (symbolicznie) pojawiać się będą tu notki na tematy, które mnie interesują lub dotyczą. Wpisy mocno intymne odpadają z dwóch powodów: po pierwsze nie widzę sensu wywalania tutaj moich łóżkowych przygód (bo i kogo interesuje to, że wieczorem się kładę spać a rano wstaję?), po drugie zbyt wielu znajomych otrzymało ongiś link do tego miejsca. Chcąc założyć nowy blog i przenieść tam moich ulubionych czytelników, musiałbym go zareklamować tutaj. A to przypomina mi historię kumpeli, która nie chcąc by mama czekała pod drzwiami, zostawiła kartkę: "Mamo! Jestem u Sylwii, klucz pod wycieraczką".

Blog traktuję jednak jako miejsce, gdzie mogę wylać swoje myśli, uczucia, spostrzeżenia, itp. Mogę odnieść się zarówno do wydarzeń światowych, jak i prywatnych. Do tej pory pisałem tu głównie o zagadnieniach ogólnie ludziom znanych, z czasem dorzuciłem nieco prywaty. Pojawiały się także teksty z moimi poradami, recenzjami filmów czy sprawami sportowymi (założyłem nawet blog sportowy). Ogólnie jednak starałem się pisać, że tak powiem, naokoło. Celowo pomijałem tematy, które mogłyby kogoś zanudzić czy zwyczajnie nie interesować. Ale czas na zmiany.

Znacznie częściej pojawią się tu wpisy dotyczące mojego życia prywatnego, obserwacji, itp. Zamierzam także recenzować filmy (i te starsze i te nowsze). Generalnie tematów będzie więcej, zatem i częściej tu zajrzę. Wyjątkiem będą tematy sportowe, gdyż od tego mam osobny blog. No chyba, że trafi się coś godnego uwagi, wówczas zamieszczę również tutaj.

Liczę także na większą interakcję z Wami, czytelnikami. Mowa tu zarówno o komentarzach, jak i mailowaniu ze mną. Forum pod notkami służy do dyskusji - możecie mnie tam zjechać (w granicach dobrego smaku), pochwalić, itp. Nie bójcie się pisać - każda opinia mnie interesuje i - co pewnie widać - odpowiadam praktycznie na każdy komentarz. A na maila możecie podsuwać mi tematy na notki - jeśli chcecie poznać moje zdanie na dany temat, to mi zwyczajnie o tym napiszcie. Ja nie gryzę :-)

Z ciekawości zerknąłem na statystyki odwiedzin. Biorąc pod uwagę tematykę oraz mocno nieregularne pojawianie się notek (było kilka przerw) to są one całkiem spoko. Kilkukrotnie Gazeta.pl wypromowała moje notki na głównej stronie, co z pewnością wpłynęło na liczbę odwiedzin. Ostatnimi czasy na blogach jest też jakiś box reklamowy, który również generuje jakieś setki odwiedzin. Dlatego statystykami raczej się nie kieruję, aczkolwiek miło, że nie odwiedza mnie tylko 5 osób dziennie.

Być może na mój nowy pomysł Aleksander K. zakrzyknąłby "Nie idźże tą drogą!" Czas pokaże. Mam jednak nadzieję, że to ja mam rację. A jak nie, to i tak pójdę tą drogą. Bo... to mój blog :-)

Zmian będzie więc sporo. Jest nowy szablon, nowe koncepcje, itp. A o tym, że pewne rzeczy się nie zmieniają, śpiewał już ten pan:


12:22, kurtnovotny
Link Komentarze (10) »
sobota, 07 marca 2009
Nie nastąpi on jednak dzisiaj. Chwila, gdy znów oczy wasze ujrzą tu kolejny tekst, nastąpi dokładnie w rocznicę pierwszego wpisu na tymże blogu. Kiedy to dokładnie nastąpi? To jest właśnie pytanie konkursowe - prawidłowe odpowiedzi nagrodzę hasłem dostępu do blogu z moimi rozbieranymi fotkami.

Jednak aby powrotny tekst nie obfitował w grzecznościowe ceregiele, czyli wszelakie wyjaśnienia, przeprosiny, itp., postanowiłem tą przykrą powinność uczynić tutaj, w tekście przed powrotnym. No to posłuchajcies...

Ostatni wpis dotyczył poszukiwania przeze mnie pracy. OK, nie tylko przeze mnie - traktował temat bardziej ogólnie. Uspokajam więc wszystkich zatroskanych - gównianą bo gównianą, ale pracę mam. Przeczy ona mojej filozofii pracy, jednak w obliczu kryzysu nawet taki fachowiec jak ja nie pogardzi marnymi kilkoma tysiakami miesięcznie. Zresztą powiedzcie szczerze - nikt z Was się o to nie martwił, prawda?

A propos - w ogóle ktoś się o mnie martwił? Z ciekawości zajrzałem do statystyk - część z was nadal tu zagląda. Dzięki wam za to, możecie liczyć na moją przychylność. Pozostali poniosą karę.

Niestety z różniastych powodów zaniechałem prowadzenia bloga. Złożyło się na to wiele czynników, o których nie ma większego sensu tutaj pisać. Tak, macie rację - czasem choć mogłem, to zwyczajnie mi się nie chciało. Byłem nawet bliski skasowania tego miejsca, ale chęć pokazania kiedyś prawnukom wypocin pradziadka ostatecznie przeważyła. Aż naszła mnie myśl, by wrócić tu dokładnie w rocznicę powstania (pamiętajcie o konkursie), z nowymi siłami i pomysłami. Tak też zrobię.

Wtedy też odwiedzę wasze blogaski. Nie robiłem tego od dawna (tzn nie odwiedzałem). Czas nadrobić zaległości. Chcę was przeczytać hurtowo, dlatego nie wykorzystywałem okazji do zajrzenia w jedno, dwa miejsca. Tak więc oczekujcie niebawem mojego spamowania.

No dobra, to tyle o mnie chyba wystarczy. Nie ma co się rozpisywać więcej. Jak macie pytania to walcie nieśmiało. Swoją drogę po komentarzach poznam, czy kogoś w ogóle jeszcze interesuje to miejsce...

Czekam więc na odpowiedzi do konkurso. Trzymajta się, a na koniec posłuchajcie klimatycznego kawałka:


10:25, kurtnovotny
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7